O dzianinie ręcznie wykonanej, na drutach i szydełkiem - w różnych formach i kolorach, w oparach włóczkoholizmu. I jeszcze o śpiewaniu...
POLetsy handmade in Poland
Blog > Komentarze do wpisu
Babciowo - kłębkowo

Możliwe, że tu już nikt nie zagląda, ja też sporadycznie. Większość życia społecznościowego przeniosła się na fejsbuka. Zresztą nie jestem tzw. blogerką, w znaczeniu "społecznościowym", nie tworzę miejsca, gdzie się gromadzą blogowe duszyczki i grzeją przy ogniu wykrzesanym z tego, co napisałam, dyskutują i konsumują apetyczne treści, okraszone suto zdjęciami dobrej jakości :)

Oczywiście dzierganie nie jest najważniejszą z bożonarodzeniowych treści.

Ale tak sobie patrzę na choinkę (nutowa bombka to prezent), dziergam sobie (na 5 drutach, tradycyjnie) rękawiczki dla blogowej koleżanki, i w związku z tym, że nawet Google w ten świąteczny dzień (tzn. 25.12) ma kłębkowy nagłówek, to sobie pogawędze okołokłębkowo i okołorodzinnie.

Myślę sobie o mojej śp. Babci, Mariannie z domu Lis. Im jestem starsza, tym bardziej widzę, jak ta postać nabiera w moim życiu ważności, chociaż zmarła, gdy miałam ze 20 lat, więc już jakiś czas temu. To był taki wzór biblijnej "dzielnej niewiasty", pod każdym względem :)

Babcia potrafiła robić rozmaite rzeczy w domu, jako że Dziadek, uroczy i kochany człowiek, nie był typem "mężczyzny-naprawiającego-wszystko". Świetnie gotowała. Nauczyła mnie pacierza. Miała stare książki, w których była dziwna pisownia, staroświecka czcionka, łacińskie teksty, tłoczone oprawy i zapach dawności. Już wtedy intrygowało mnie to, co dawne. 

Dziadek Giedroyć był z Wilna. Był idealistą, człowiekiem nie całkiem praktycznym. Uwielbiał swoją wnuczkę, bawił się ze mną, wygłupiał, pisał dla mnie wierszyki. Znał rosyjski i czytał mi książeczki rosyjskie tłumacząc na polski. Nauczył mnie bukw przy okazji. Umarł, kiedy miałam niecałe siedem lat.

Wiele lat później znalazłam nowiutki kapelusz typu fedora, po dziadku. Nosiłam go oczywiście, bo pasował na mnie akurat :)

U babci był wielki, czarny, dębowy kredens, którego rzeźbione drzwiczki tajemniczo skrzypiały, a po otwarciu czuło się zapach ciasta. Czasem ciasto rzeczywiście tam było :) W szufladach można było znaleźć dziadkowy tytoń do fajek. Tytoń przeżył dziadka (dziadek był o 15 lat starszy od babci), a zapach przeżył tytoń. 

Babcia byla zodiakalną Panną, w stu procentach. Była zorganizowana, bardzo dokładna, uporządkowana i "zebrana w sobie". Lubiła słówko „porządnie” :)) Pracowała w banku jako główna księgowa. Zapewne z pracy zostało jej przyzwyczajenie, że "na stole nie może nic leżeć", i o to nieraz toczyła ze mną boje :) Uwielbiała rozwiązywać krzyżówki (te trudne, w "Rozrywce") i stawiać pasjanse. I ja też rozwiązywałam krzyżówki i stawiałam pasjanse.

Miała świetną pamięć, ze szkoły pamiętała mnóstwo wierszy, recytowała mi je czasem. Na przykład całe fragmenty z "Pana Tadeusza". Nie wiedziałam jeszcze, kto jest autorem Inwokacji i z jakiego to utworu, ale już umiałam tekst. Na spacerach opowiadała mi mity greckie. Może miałam z siedem lat. Po wakacjach zażądałam od rodziców mitologii, w domu na półce stało wydanie Parandowskiego, czytałam go nie do końca rozumiejąc, ale kołysała mnie melodia języka.

Nauczyła mnie skręcać choinkowe łańcuchy ze sreberek od czekoladek. Te łańcuchy, które teraz sama robię i wiszą na choince mojej i u rodziców, zawsze mi się z nią kojarzą.

Pamiętam, że gdy byłam mała (a może chora...?) śpiewała mi kołysanki. Miałam kilka lat, ale już wtedy coś mi zgrzytało, że babcia nie do końca czysto śpiewała :))) No co, nie można mieć samych zalet... (tata też mi śpiewał kołysanki, tyle że czysto)

Miała swoje ukochane powiedzonka. Kiedyś mnie drażniły, a teraz sama ich używam…

Była kobietą z zasadami. Nie ze wszystkimi się zgadzałam, ale co tam :) Miała dobre serce i była opiekuńcza. Mnóstwo czytała i można było z nią na każdy temat porozmawiać. Miała w sobie wielką godność i klasę.

Babcia nauczyła mnie szydełkować i robić na drutach (najprostsze ściegi), kiedy byłam chyba we wczesnej podstawówce. Mogłam mieć z 6-7 lat, może 8. Skoro jeszcze bawiłam się misiami i laleczkami, którym można było robić ubranka...:)

Kiedy byłam w maturalnej klasie, babcia dostała udaru - chorowała na serce. Wracając ze szkoły, pod domem spotkałam młodszą siostrę - nie mogła dostać się do środka. Otworzyłam, wezwałam pogotowie. Szkoda pewnie, że upłynęło za dużo czasu od wypadku, bo przy udarach natychmiastowa pomoc jest kluczowa. Babcia do sprawności już nie powróciła, a odeszła po jakimś roku, w miejsce gdzie, jak powiedział wujek na pogrzebie "nie ma chorób, nie ma smutku. Jest piękny dzień."

Mama moja potrafi robić na drutach, ale tylko szaliki.

W czasach mojego nastolęctwa dzierganie nie było w modzie - jeśli już, to było koniecznością, bo sklepy świeciły pustkami. Babcia raczej szydełkowa była, i na przykład sweterek pierwszokomunijny zrobiła mi, jakiego nikt nie miał. A ja zazdrościłam koleżankom, bo wszystkie co do jednej miały pelerynki... :)

Dziergane drutowe sweterki miałam dzięki zaprzyjaźnionej Dziergającej Pani. Ale tak naprawdę nie byłam z nich zadowolona, bo Pani robiła wedle tego, co podpowiadał jej własny gust (choć starannie, wg sztuki), a nie aktualna moda :P

Sądzę, że wiele z tamtych siermiężnych czasów zostało w nas (nas = społeczeństwie pamiętającym puste półki sklepowe) nawarstwionego osadu sceptycyzmu co do udziergów. Bo to było coś zastępczego za towar sklepowy. Taki samogon. Coś, co starsze panie dłubały ze sprutych swetrów (bo o włóczkę też było trudno) wnuczkom, żeby nie zmarzły, pal licho wzornictwo. Coś, za co nie warto sowicie płacić, bo jest tylko ersatzem.

Pokolenie urodzone "w kapitalizmie" zachwyca się najprostszą czapką czy szalikiem dziergniętym ściągaczem na grubych drutach, jako dizajnem i cudem zręcznych rąk :) I bardzo to fajne, nie żeby coś. A rozmawiając z koleżanką starszą o parę lat ode mnie usłyszałam "...tak, kiedyś robiłam na drutach. Ale teraz w sklepach jest tyle ładnych rzeczy, że nie opłaca się drutów wyciągać." Cóż... pozwolę sobie się nie zgodzić :-)

Wracając po tej długiej dygresji... W liceum zrobiłam sobie jedną, obszerną i pasiastą kamizelę. Nie byłam do niej przekonana. No, i może jeszcze jakąś opaskę na włosy. I krzywy sweterek, źle wymierzony.

Założyłam rodzinę, pojawiło się potomstwo. Sweterek dziecku...! :-)) W tym okresie już pojawiały się u nas tłumaczone z niemieckiego gazetki (internet dopiero raczkował), więc zaczęłam studiować solidną literaturę na temat, z instrukcjami i obrazkami. Okazało się nawet, że robię na drutach nie tak jak w gazetkach - "po heretycku", albo inaczej wschodnioeuropejskim sposobem (jak większość naszych mam i babć). Co oznaczało, że muszę nauczyć się "zachodniego" sposobu przerabiania lewych oczek, albo dostosować się ze swoim sposobem do ichniejszych opisów. No to robię tak i tak :)

Potem zachciało mi się bardziej skomplikowanych wzorów, żeby i siebie przyozdobić :), studiowałam więc pilnie opisy. W końcu wszystko jest dla ludzi... Jakoś mnie ciągnęło. Nie jestem zbyt drobiazgowym, szczególarskim typem, nie jestem uparta i łatwo się zniechęcam. Ale tutaj jakoś nic mnie nie zniechęcało, aż dziwne. Szukałam włóczek, wymyślałam własne "myki", powiększałam swoje zasoby przydasiów. Potem pojawił się dostęp do internetu... Okazało się, że mnóstwo technik i "myków" istnieje pod jakimiś wymyślnymi nazwami :) Poszerzałam wiedzę po angielsku, bo społeczność anglojęzyczna szybciej i szerzej rozgościła się w sieci.

Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że dziergane rzeczy są ersatzem, że nie dorównują tym kupionym w sklepie - właśnie odwrotnie :) Szperanie po sieci utwierdziło mnie jeszcze w tym przekonaniu.

Nałóg ma się dobrze, włóczki rozpełzają się po domu jak grzybnia. Nie potrafię i nie mam ochoty ani powodu się od nich odzwyczajać (byle tylko to one nie wyrzuciły mnie z domu...). Za dużo mi to daje :) i akurat ładnie te wszystkie argumenty opisała <a href="http://herbimania.com">Herbimania</a> na swoim blogu, nie będę powtarzać, można przeczytać :)

Ciągle wiem, że wielu rzeczy nie wiem, co jakiś czas dowiaduję się czegoś nowego. Jakiś czas temu zaczęłam wymyślać swoje wzory. Czasem obdarowuję kogoś ukłębkami, jeśli wiem, że się będzie podobało. Czasem moje ukłębki wędrują do nowych, odległych domów. Zaczęłam dzielić się z innymi tym, co umiem, bo to miłe, kiedy ktoś nieumiejący teraz potrafi robić coś, co ma sens :) 

Wiele razy druty i włóczka pomogły mi zachować względną równowagę psychiczną w rozmaitych życiowych zawirowaniach.

Sobie i innym włóczkoholiczkom życzę szczęśliwego kłębkowego roku!

 

wtorek, 27 grudnia 2016, justyna.ada

Polecane wpisy

  • Takie tam, czyli talent kontra pracowitość?

    Na zdjęciu szalo-poncho, czyli szal, który będzie miał guziki przy jednym brzegu, i da się z niego zrobić poncho. Zainspirowałam się pewnym modelem z Ravelry, a

  • Powyżej pewnego wieku

    Mieszkam na osiedlu o wysokiej średniej wieku. Od zawsze bacznie obserwuję ludzi, w autobusach, siedzących na ławkach, stojących w kolejce. Jakie robią miny, ja

  • Szarotkowanie ogólnopolskie

    [odezwa:] Koleżanki Dziewiarki Z Różnych Stron! Odwiedźcie Warszawę 4 czerwca, wówczas bowiem odbędzie się (w budynku na terenie kampusu SGGW, Nowoursynowska 16

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2016/12/27 12:22:44
No i dzięki Tobie ja tez przypomniałam sobie, jak się robi na drutach, bo też babcia uczyła mnie najprostszych ściegów:)
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!
-
Gość: elka_ka, *.dynamic.mm.pl
2016/12/27 13:23:00
"Wiele razy druty i włóczka pomogły mi zachować względną równowagę psychiczną w rozmaitych życiowych zawirowaniach."
To także moje doświadczenie.
Cudownie, że spisałaś chociaż trochę wspomnień o swojej Babci.
Pozdrawiam Świątecznie i Noworocznie!
Ela
-
Gość: gracha, *.internetia.net.pl
2016/12/27 18:07:33
Ja zaglądam! Zaczęłam robić na drutach w początkach lat 70, w 6 klasie zrobiłam bluzkę z krótkim rękawem, a w 8 białą na zakończenie roku szkolnego. Nie mam pojęcia, skąd brałam włóczkę, coś tam pewnie było w sklepie, może coś w domu się walało, bo Mama moja mnie nauczyła ale sama nie lubiła dziergać. Dziergam do dziś i cieszę się,że to się rozwija i opanowuje coraz młodsze pokolenia. Ostatnio moja córka poprosiła mnie o szalik, który dała chłopakowi pod choinkę, bo te sklepowe niestety nie odpowiadały jej składem ;). I to mnie cieszy, jak ktoś chce coś ode mnie dzierganego. Pozdrawiam i proszę pisać i pokazywać jak najwięcej. Bombka nutowa przecudna. Dawno temu skończyła szkołę muzyczną, więc sentyment do nutek mam. (Nie umiem śpiewać, choć mam słuch bardzo dobry ;) ).
-
2016/12/27 20:40:59
I ja zaglądam :-) Piękne wspomnienie o Babci i Dziadku.
-
2016/12/27 21:53:46
ja też zaglądam i czytam :) miło wspomnieć babcię i dziadka , piękna historia , a sama robię na drutach i szydełku , ale nie wiem czy po heretycku czy pojakimuś jeszcze-
ważne ,że coś udziergam , wiem ,że nikt nie ma takiego samego :) pozdrawiam serdecznie
-
Gość: jowita2704, *.adsl.inetia.pl
2017/01/09 08:31:38
Ja również często zaglądam i czytam z zainteresowaniem . Sporo wątków odnosi się do moich wspomnień i tak jakoś odświeżają moją pamięć ;) . Dzięki za to, pisz i pokazuj swoje udziergi . Życzę wiele pomysłów- dziewiarskich i blogowych . Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku ! :)