O dzianinie ręcznie wykonanej, na drutach i szydełkiem - w różnych formach i kolorach, w oparach włóczkoholizmu. I jeszcze o śpiewaniu...
POLetsy handmade in Poland
Blog > Komentarze do wpisu
Zimne powietrze, czyli o przemijaniu
mitenki
(na zdjęciu mitenki moherowe, udrapowane na karmniku :) Karmnik wówczas jeszcze nieczynny, bo to było przed mrozami)
Do ciepłego pomieszczenia przez nagle otwarte drzwi wdziera się porcja mroźnego powietrza - na przykład do autobusu stającego na przystanku - i uderza mnie w nos. Pachnie zimą.
Albo inaczej: w jakiejś małej miejscowości, gdzie są piece węglowe lub na drewno, a nie ma ruchu samochodowego - charakterystyczny zapach dymu w powietrzu. Drewna i zimy.
I pachnie feriami, zimowiskami, dawnymi czasami, w których ja byłam przecież tą samą osobą, co teraz! Zapachy też były takie same.
Sople lodowe mają swój zapach (i smak też mają...), kulki śniegowe, ośnieżone patyki, ruda trawa z błotem też ma swój zapach, w czasie odwilży. I lodowisko, zapach mokrej gumowej wykładziny, po której się drepcze w łyżwach przed wejściem na lód.
Sanki, bitwy na śnieżki, przemoczone rękawiczki na kaloryferze. Zamarznięte jeziorko, po którym się ślizgało na podeszwach.
A jak trudno było o dobre zimowe buty, w ogóle o jakiekolwiek buty. Osobną epopeję można by napisać o zdobywaniu obuwia i warunkach, w jakich to się odbywało...
Kiedy po kolejnych za cienkich, za śliskich, albo przemakających butach, udało mi się nareszcie posiąść Ciepłe I Suche Botki Z Futerkiem I Grubą Podeszwą, zostałam szczęśliwym człowiekiem, któremu jest ciepło w nogi.

W latach 80 modne były kominy (takie na głowę razem z szyją). Ja też chciałam mieć komin i wyglądać jak dziewczyny z żurnali. Pani Robiąca Sweterki została poproszona o udzierganie, ale chyba pomyślała, że ma być wersja pt. rurka na szyję... Wyglądałam w tym jak peryskop.

Inna rzecz, że w każdym kominie noszonym na głowę wyglądam nie jak uosobienie stylowego luzu, tylko jak jakieś rozpaczliwe wojenne niedobitki. Taką mam gębę :)

Na zajęciach ZPT w podstawówce w programie (dla dziewcząt) było robienie kapci na drutach. Takich "cudnych", o:

kapcie
/źródło: patternlinks.com/
Teraz można znaleźć mnóstwo pięknych wzorów na domowe kapcie drutowe i szydełkowe, naprawdę kulturalnych :) i zachęcających do noszenia. Może nawet się skuszę... Wtedy najczęściej robiło się toto z włóczki stylonowej, bo była nie do zdarcia. Niestety wygląd miała odwrotnie proporcjonalny do trwałości. Ale za to znakomicie nadawała się do robienia gobelinów. Brało się kilka nitek takiej włóczki, wsuwało w rurkę metalową i koniec tego "knota" przypalało się nad świeczką. Stylon się oczywiście topił, przytykało się więc stopiony koniec do podłoża (gruba workowa juta dobrze się sprawdzała) i po przyklejeniu przystrzygało się, a potem znów rurkę nad świeczkę. Różnymi kolorami tej włóczki produkowało się wzorzyste "trawniki" :)
Kilka ładnych lat temu wystawiłam gdzieś w internecie na sprzedaż parę kłębków tej włoczki, bo zostało gdzieś w chacie. Sprzedało się bardzo szybko (na kapcie właśnie). Od tego czasu co parę miesięcy ktoś znajduje w sieci tamtą moją ofertę i pisze maila, czy jeszcze aktualne, bo na kapcie... :))) Nawiasem, w lumpeksach bywa ten towar, polecam poszukać.

A szare lniane płótno kupowałyśmy na haftowane serwetki. Ściegiem Richelieu. Trzy lata haftowałam serwetki na przedmiocie pt "praktyki uczniowskie", co w przypadku dziewcząt oznaczało zajęcia z Panią Zawodową Hafciarką. Te, które nosiły okulary, mogły być zwolnione z "zaliczania" kolejnych wzorów na ocenę. Ja miałam wtedy dobry wzrok...
Szare płótno pachnie haftowaniem serwetek.

O każdej porze roku, kiedy zaczyna zapadać zmrok, wszystko ma trochę inny zapach, niż w ciągu dnia. Zimą wszystko robi się niebieskawe i ta chwila pachnie wytracaniem prędkości.

A na choince zawsze były prawdziwe świeczki, nieduże i cienkie, w malutkich lichtarzykach, umieszczonych strategicznie i ze wszelkimi rygorami bhp (do tej pory u rodziców na choince są świeczki).
Szorowało się srebro specjalnym proszkiem albo pastą do zębów. Przy każdym talerzu na wigilijnym stole kładło się dla ozdoby gałązkę świerkową - wiązałam na nich kolorowe wstążeczki.
Babcia odmawiała modlitwę przed wieczerzą, i w niej niecodzienne słowo "szczodrobliwość" brzmiało odświętnie - odrobinę wykrochmalone, ale uroczyste, jak strój na specjalne okazje, który się zakłada raz do roku.
Pod choinkę prezenty przynosił aniołek. Długo nie rozumiałam, skąd się tam biorą, bo rzeczywiście okno było uchylone, pokój przecież pusty, i nagle - pod choinką paczki :)

Zmrożony śnieg skrzypi pod podeszwami. Mam utrwalony taki kadr: jadę na sankach z oparciem, opatulona szczelnie, a tata ma wełniany płaszcz, ciągnie sanki i śnieg właśnie tak skrzypi pod jego butami.

Rodzice - młodzi i potężni (choć czasem denerwujący podstawówkową awangardę swoim wstecznictwem :))))) - stanowili pole siłowe, niezniszczalny element krajobrazu. Łapię się na tym, że dalej tak myślę. No bo przecież są wieczni...?

Babcia Ze Strony Taty, mieszkająca daleko, na moją I Komunię przysłała mi w prezencie... swój słynny tort orzechowy. Nigdy nigdzie nie jadłam potem takiego tortu. Może kiedyś spróbuję go zrobić. Ten tort przyszedł pocztą, w paczce, i nawet w dobrym stanie :-)). Myślę, że w niebie karmią czymś takim (babcia nauczyła anielskich kucharzy), i w dodatku nikomu się to nie znudzi.

Dom miał swój zapach. Na co dzień oczywiście niewyczuwalny, ale po powrocie z wakacji, czy innych dłuższych wyjazdów, po otwarciu drzwi z lubością wciągałam nosem zapach domu. Nie szkodzi, że było trochę duszno, ważne że teren mój... :))

Jeszcze nie "dorosłam" do czytania biografii. Ponoć na pewnym etapie życia tylko to jest interesujące w czytaniu, bo tylko prawdziwe historie są naprawdę ciekawe. Chyba jeszcze to przede mną.

wtorek, 10 stycznia 2017, justyna.ada
Tagi: zima

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2017/01/10 11:16:02
Ach, ja tez lizałam lodowe sople!
Piękne te Twoje wspomnienia:)
-
Gość: bog6204, 193.188.199.*
2017/01/10 20:13:28
Zgadzam się z każdym słowem . Takie kapcie robiła nasza sąsiadka jej już dawno niema a one jeszcze leżą w szafce.Na drutach robiłam sobie swetry cieżko było zdobyć jakiś mocherek ,a teraz kiedy można wybierać we włóczkach to już mi się nie chce.U mnie też powracają wspomnienia zapachów ,szkoła ,internat,powrrót do domu ze szkoły ech... A te biografie czytam od 4 lat jak skończyłam 50tkę.Mieszkam na głuchej wsi ,niema z kim pogadać .Dzięki za wpis ,miło pomyśleć że inni też tak mają.
-
Gość: gracha, *.devs.futuro.pl
2017/01/11 09:11:31
Co za ulga! Bo jak mówię komuś,że jestem szczęśliwa, że mam ciepłe, nie przemakające buty to czasem patrzą na mnie dziwnie. A ja zbyt pamiętam przemarznięte, przemoczone stopy by się teraz tym nie cieszyć! Ze stylonowej włóczki nie robiłam kapci tylko... poszewki na poduszki, narzutki do wózków dziecięcych, białe na chrzty. Byłam wtedy w studium i nieźle na tym zarabiałam, bo sprzedawałam i szły jak woda. To pod tym względem były dobre czasy, można było dorobić dzierganiem. Rodzice tez mi się wydawali wieczni. Niestety już tak nie jest. Mamy nie ma, tata jest już bardziej nieporadny niż ja. A biografie... może niekoniecznie biografie ale w życiu przeczytałam tak wiele książek, że od jakiegoś czasu wolę czytać takie oparte na autentycznych postaciach, wydarzeniach. Choć nie tylko. Pozdrawiam serdecznie! Grażyna
-
2017/01/14 21:41:18
Cudnie,czytając tego posta wróciłam do czasu mojego dzieciństwa,pięknie .