O dzianinie ręcznie wykonanej, na drutach i szydełkiem - w różnych formach i kolorach, w oparach włóczkoholizmu. I jeszcze o śpiewaniu...
Archiwum
Tagi
POLetsy handmade in Poland
wtorek, 23 maja 2017
Szarotkowanie ogólnopolskie

[odezwa:]

Koleżanki Dziewiarki Z Różnych Stron!

Odwiedźcie Warszawę 4 czerwca, wówczas bowiem odbędzie się (w budynku na terenie kampusu SGGW, Nowoursynowska 166, mapka szczegółowa w wydarzeniu na FB)

Szarotkowanie Ogólnopolskie, czyli

wspólne dzierganie, połączone z poznawaniem się, chwaleniem, robieniem zdjęć... ale także

mini-warsztaty z ciekawych technik, konkursy, i prezentacje włóczek (i możliwość zakupu lub wygrania jako nagrodę)

szarotki

Dokładne namiary, opisy, i w ogóle co trzeba zrobić - tutaj:

A kto nie korzysta z fejsbuka, proszę o kontakt ze mną :)

piątek, 05 maja 2017
Pierwszy dzień z zapachem

Wiem, że niby już wiosna od dawna, i że w jednych miejscach przyroda rozwija się wolniej, w innych szybciej, a poza tym nawet jeśli my nie czujemy wiosennego powiewu, to i tak roślinki mają wbudowane oprogramowanie, które im mówi, że mają rosnąć :) mimo tego, że dopiero w czasie majówki schowałam kozaki definitywnie do szafy...

Ale dopiero dzisiaj dotarł do mojego nosa (przez okno pracowe) TEN zapach. Zapach tego drobiazgu, co rozwija się na drzewach i krzaczkach, z małych skromnych pączków, a potem tworzy z daleka widoczną mgiełkę koloru białawego albo żółtawego, a jak się spojrzy z bliska, to jest jak fraktale, rozdrabniające się do wewnątrz. A jak przystawić nos, to nos będzie zapylony :)

Albowiem pracuję w miejscu, koło którego jest na szczęście sporo zieleni, i przez okno dobiega skądinąd denerwujący hałas kosiarki do trawy, ale tym razem się z niego cieszę.

Zapach wpływający strużką przez okno informuje mnie, że jest życie na tej planecie.

most siekierkowski

rosochate drzewo

(Lasy Otwockie: drzewo bardzo przypominało mi "chopinowską wierzbę", ale chyba nie udało mi się tego do końca unaocznić, bo inaczej wyszłoby pod światło...)

wtorek, 07 marca 2017
Intensywne kolory

Porobiło mi się tak jakoś, że interesują mnie głównie intensywne kolory. Takie bardziej z palety pt. "zimna zima" :) Nawet przeprosiłam się z kolorami, które niegdyś darzyłam szczerą niechęcią (nie wiem dlaczego, może jakieś skojarzenia dawne...). Na przykład z takim kolorem, o:

 czapka kobalt

Machnęłam sobie czapkę na przedwiośnie, nie jest w niej gorąco, bo ma dużo dziur, a zarazem chroni cenne mózgowie przed wydmuchaniem przez wiatr.

 czapka kobalt

I żeby jeszcze dodatkowo uchronić cenne gardło przed przeziębieniem, macham sobie do niej chustę z dodatkiem wiosennej zieleni, ale to już pokażę następnym razem.

Wściekłe krzaki (albo: tańczące Murzynki, jak skojarzyło się jednej z komentatorek :)) z gotowym korpusem ze stekami, a przed namoczeniem i wysuszeniem wyglądały tak...

 sweter żakardowy

sweter żakardowy

Teraz wyglądają podobnie, tylko równiej :) a przede mną przeszycie steków, porozcinanie, podszycie i dorobienie rękawów i wykończeń.

I skończy się zima, a ja zostanę z ciepłym żakardem...

poniedziałek, 20 lutego 2017
Dalej w krzakach...

... wściekłych. Urósł mi ten żywopłot już do wysokości pach, i teraz jeśli chodzi o wzór, to te krzaki zamierzają wypuścić jakieś kwiatostany bądź też coś na kształt makówek. Zobaczymy, jak to wyrośnie... To wszystko jest nieprzewidywalne :)

Zdjęcie niestety kiepawe, bo w sztucznym świetle (wieczorem najlepszy czas na dzierganie).

sweter żakardowy

Wycięcia pach (a potem dekolt) będą powstawały w technice steeking, czyli po naszemu "steków" :-) Ciekawe, jak to pójdzie, biorąc pod uwagę, że włóczka nie jest 100% wełną, i na dodatek jedna z nitek (Magic Fine) jest odrobinę zbyt gładka. No ale ten kolor... Trzeba będzie gęsto te steki poprzeszywać.

poniedziałek, 13 lutego 2017
Wściekłe krzaki albo pożar w lesie

Na początku miało być nastrojowo i romantycznie - wymyśliłam wzór na żakardowy sweter, który kojarzył mi się z płomieniami (że niby na intensywnie kolorowym tle tańczą ciemne płomienie...). Potem (po rozpoczęciu)  z tajemniczym lasem. Potem ewentualnie z pożarem lasu. A teraz przechrzciłam go na "wściekłe krzaki"... Wygląda bowiem tak (zdjęcie z wczorajszego Szarotkowa):

sweter żakardowy

Wzór jest typu freeform :P
Sweter jest w jednym kawałku (znaczy, pulower) aż do ramion - a wycięcia na rękawy będą miały "steki", które rozetnę. Ale już rękawy (jeśli powstaną w ogóle) to będą gładkie. Nie muszą tak grzać, jak niewątpliwie będzie grzać korpus...:)

Włóczka to Magic Fine YarnArt (tło) i Cinque Alto LanaGrossa (krzaki). Jedna i druga wydajna (300m/100g). Obawiam się tylko, że Magic Fine może się zmechacić.

Mam drobne zastrzeżenia do tego swetra-w-toku. Po pierwsze, za ciepła kolorystyka, jak dla mnie - za dużo brązu i pomarańczu (jestem zdecydowanie oziębłym typem kolorystycznym). Po drugie, krzaki zbyt rosochate. Ale to pewnie dlatego, że włóczka i druty za grube. Gdybym robiła na trójeczkach z szetlandzkiej wełenki, to by nie było takiej pikselozy.

Trudno. Tak mi się spodobała ta włóczka (MF), że będzie tęczowo i będę wzniecać wizualny pożar :) Może jeszcze nawet tej zimy, jeśli odpowiednio długo potrwa...

środa, 25 stycznia 2017
Przymiarka

żakard

Próbka (wzorem bez dokładnie wyliczonych kształtów,  chodziło o znalezienie liczby  oczek przy danej włóczce w technice norweskiej) zrobiona, teraz tylko nabrać zylion oczek i jedziemy dookoła... 

Można oczywiście dziergać żakard w te i wewte, nie naokoło,  ale zbytnio tego nie lubię,  bo po lewej stronie gorzej widać wzór,  i wolniej go przybywa.

Nie, sweter nie będzie pomarańczowy :) tylko wielobarwny...

W przejściu między światami

Skład osobowy w ramach tego porannego kursu jest w miarę stały, co dzień więc w drodze do pracy obserwuję prawie ten sam zestaw ludzi. Tak, obserwuję ich :) mam tylko nadzieję, że to nie wygląda zbyt natrętnie i staram się omiatać ich wzrokiem delikatnie, jak antyki miotełką do kurzu, i obejmować szerokim polem widzenia. Przyglądam się zwłaszcza tym, którzy nie są zajęci swoimi smartfonami (bo ci mają opuszczone głowy i gapią się w ekraniki). Niektórzy przysypiają, lekko otępiali z rana, inni coś czytają, słuchają przez słuchawki, albo patrzą przed siebie nieobecnym spojrzeniem.

To oczywiste, że jeśli ktoś ma na sobie coś ładnie włóczkowego, to staram się zeskanować wzór i wyobrazić sobie, jak bym to mogła zrobić :)

Przyglądam się twarzom kobiet, z makijażem i bez, gładkim i ze zmarszczkami, studiuję kolor włosów, jego temperaturę w porównaniu z barwą skóry, kolorystykę stroju... Wyobrażam sobie, kim mogą być, kiedy nie jadą akurat autobusem, kiedy nie znajdują się w tym „przejściu między światami”, gdzie wszystko jest jeszcze zawieszone, i z którego można wysiąść i na przystanku „Narnia”, i na różnych innych. Pasażer schrödingerowski :) - już jest spóźniony, a jednocześnie nie, bo jeszcze nie przeszedł do świata pt. praca.

Wiem, że każdy ma swoją historię, i że niektóre z tych historii mogą być dramatyczne. Każdy toczy własną batalię.

Ona może mieć około 30 lat, obrączka na palcu. Bardzo spokojny ubiór, żadnej awangardy. Zero makijażu, a typ urody całkiem nie rzucający się w oczy, ale za to rysy twarzy regularne. Ściągnięte w kucyk włosy. Gdyby ją lekko umalować, rozpuścić włosy, a dobry fotograf zrobiłby zdjęcia, wyszłaby pięknie i szlachetnie. No ale w porządku, nie każdy przecież lubi się malować.

Częsty w tym miejscu na Ziemi „nadwiślański mysi” kolor włosów, szaroniebieskie duże oczy, jasna chłodna karnacja. Ponury ciemnoszary płaszcz. Szalik  w jakimś rudawym beżu. Beżowa czapka. W tej kombinacji ona nie ma szans, kolor z jej twarzy zostaje wyssany jak krew, a ona sama znika i rozmywa się, jak złożona chorobą.

Niebieskie klasyczne dżinsy – chociaż tyle, ulga dla oka! :)

Przychylić jej błękitnego nieba! Zanim wysiądzie! Otworzyć tubki z farbami, chlapnąć na ten obrazek niebieskością, plamą z wiśni, morską wodą! Dodać trochę granatu, fioletu, różowego, mięty… podłączyć kroplówkę z kolorami, wsączyć orzeźwiający sok w żyły, niech blade zimowe światło wie, że ma się odbijać i w bezbarwnej chodzącej ramce namalować życie!

Oczywiście, wiem, to tylko moje dywagacje, nie każdy lubi być zauważany i wyróżniać się z tłumu, i nikt nie będzie przeze mnie na siłę „uszczęśliwiony” :)

 paleta

 



wtorek, 17 stycznia 2017
Swetrowa deklaracja, czyli w kawałkach

Kiedyś, dawnymi laty, zanim się człek zachłysnął internetowymi dobrociami informacyjnymi, nie był jeszcze świadom, że istnieje 1001 metod robienia swetrów w jednym kawałku i od góry. Natomiast czytało się grzecznie w źródłach, że sweterek składa się z części, trzeba je zrobić, najlepiej mając wykrój, a potem zszyć.
Potem się naczytał człek internetów i został poddany indoktrynacji, że oto ZSZYWAAANIEEE swetrów jest najgorszym złem, jakie może się przytrafić nieszczęsnej dziewiarce, i najfajniej jest nie musieć niczego zszywać.
Pewnie jest w tym ziarno prawdy. Sądzę, że chyba nie chodzi nawet o sam proces dziubania igłą (no, nie lubię tego, fakt, te majtające się nici, fuuu...) tylko o to poczucie obezwładnienia, kiedy już druty odłożone, i chciałoby się zażyć trochę triumfu - a tu, hehe, leżą przed nami jak gadzie wylinki, strzępki, które dopiero będą swetrem. Jak już pozszywam i jeszcze na domiar złego - wykończę (czyli znowu będę musiała złapać druty, i to będzie neverending story, aaaaa!).
Obstawiałabym powszechnie panujący strach przed Wirusem Drugiej Skarpetki - czyli po zrobieniu z sukcesem jednej skarpetki, zasoby energii potrzebne na drugą okazują się wyczerpane. Takoż i w kwestii swetrów (nie daj Boziu, jeśli to kardigan...)

Przerobiłam zatem w ciągu iluś lat rozmaite metody dziergania swetrów (pulowerów i rozpinanych) w jednym kawałku. Zwykły raglan od góry, contiguous, ziggurat... z dekoltem takim, owakim, z guzikami, bez...

I być może po prostu jestem tępa :) albo coś z moją sylwetką nie tak. Ale wyszło mi, że wtedy, gdy robiłam swetry jak krawiec przykazał, to one pasowały. Zszywałam, i pasowały.
Natomiast te wszystkie metody chroniące mnie przed odrażającym zszywaniem, niestety w moim przypadku udowodniły, że jest jedna gorsza rzecz niż zszywanie. Mianowicie - niepasujący sweter.

Jasne - przy jednokawałkowych metodach istnieją też sposoby na dopasowanie do konkretnej sylwetki (kanciastości ramion, szerokości pleców, rozmiaru biustu, szerokości pachy, talii...) I raglan też nie musi mieć dodawania oczek co drugi rząd, może być co trzeci, i tak dalej... Trzeba się tylko wtedy odpowiednio naobliczać. To ja nie wiem, czy już nie szybciej zszyć :)

Jak narysuję sobie wykrój 1:1, na podstawie prawidłowo zdjętych wymiarów, i w trakcie robienia przykładam do niego moje wylinki, to potem musi pasować, nie ma siły. I wtedy dobrze wyglądam i w takim swetrze chętnie chadzam. I nigdzie mi się nie ciągnie i nie marszczy.

Więc niniejszym zeznaję, że powracam do rysowania wykrojów w częściach (OK, wyjątek będą stanowić swetry żakardowe, bo zamierzam dziergać je w kółko, a kardigany ciąć, patrz steeking). No, może tylko rękawy z główką będę wrabiać, bo szew w tym miejscu zwykle nie jest zbyt zgrabny. Ale to nic nie zmienia.

Przez wykrój rozumiem wykrój :) czyli coś takiego typu jak poniżej (przy czym wszystkie części rysuję w całości, nie połówki)

wykrój przykład

(schemat pożyczony z Dropsa: www.garnstudio.com)

Howgh.

wtorek, 10 stycznia 2017
Zimne powietrze, czyli o przemijaniu
mitenki
(na zdjęciu mitenki moherowe, udrapowane na karmniku :) Karmnik wówczas jeszcze nieczynny, bo to było przed mrozami)
Do ciepłego pomieszczenia przez nagle otwarte drzwi wdziera się porcja mroźnego powietrza - na przykład do autobusu stającego na przystanku - i uderza mnie w nos. Pachnie zimą.
Albo inaczej: w jakiejś małej miejscowości, gdzie są piece węglowe lub na drewno, a nie ma ruchu samochodowego - charakterystyczny zapach dymu w powietrzu. Drewna i zimy.
I pachnie feriami, zimowiskami, dawnymi czasami, w których ja byłam przecież tą samą osobą, co teraz! Zapachy też były takie same.
Sople lodowe mają swój zapach (i smak też mają...), kulki śniegowe, ośnieżone patyki, ruda trawa z błotem też ma swój zapach, w czasie odwilży. I lodowisko, zapach mokrej gumowej wykładziny, po której się drepcze w łyżwach przed wejściem na lód.
Sanki, bitwy na śnieżki, przemoczone rękawiczki na kaloryferze. Zamarznięte jeziorko, po którym się ślizgało na podeszwach.
A jak trudno było o dobre zimowe buty, w ogóle o jakiekolwiek buty. Osobną epopeję można by napisać o zdobywaniu obuwia i warunkach, w jakich to się odbywało...
Kiedy po kolejnych za cienkich, za śliskich, albo przemakających butach, udało mi się nareszcie posiąść Ciepłe I Suche Botki Z Futerkiem I Grubą Podeszwą, zostałam szczęśliwym człowiekiem, któremu jest ciepło w nogi.

W latach 80 modne były kominy (takie na głowę razem z szyją). Ja też chciałam mieć komin i wyglądać jak dziewczyny z żurnali. Pani Robiąca Sweterki została poproszona o udzierganie, ale chyba pomyślała, że ma być wersja pt. rurka na szyję... Wyglądałam w tym jak peryskop.

Inna rzecz, że w każdym kominie noszonym na głowę wyglądam nie jak uosobienie stylowego luzu, tylko jak jakieś rozpaczliwe wojenne niedobitki. Taką mam gębę :)

Na zajęciach ZPT w podstawówce w programie (dla dziewcząt) było robienie kapci na drutach. Takich "cudnych", o:

kapcie
/źródło: patternlinks.com/
Teraz można znaleźć mnóstwo pięknych wzorów na domowe kapcie drutowe i szydełkowe, naprawdę kulturalnych :) i zachęcających do noszenia. Może nawet się skuszę... Wtedy najczęściej robiło się toto z włóczki stylonowej, bo była nie do zdarcia. Niestety wygląd miała odwrotnie proporcjonalny do trwałości. Ale za to znakomicie nadawała się do robienia gobelinów. Brało się kilka nitek takiej włóczki, wsuwało w rurkę metalową i koniec tego "knota" przypalało się nad świeczką. Stylon się oczywiście topił, przytykało się więc stopiony koniec do podłoża (gruba workowa juta dobrze się sprawdzała) i po przyklejeniu przystrzygało się, a potem znów rurkę nad świeczkę. Różnymi kolorami tej włóczki produkowało się wzorzyste "trawniki" :)
Kilka ładnych lat temu wystawiłam gdzieś w internecie na sprzedaż parę kłębków tej włoczki, bo zostało gdzieś w chacie. Sprzedało się bardzo szybko (na kapcie właśnie). Od tego czasu co parę miesięcy ktoś znajduje w sieci tamtą moją ofertę i pisze maila, czy jeszcze aktualne, bo na kapcie... :))) Nawiasem, w lumpeksach bywa ten towar, polecam poszukać.

A szare lniane płótno kupowałyśmy na haftowane serwetki. Ściegiem Richelieu. Trzy lata haftowałam serwetki na przedmiocie pt "praktyki uczniowskie", co w przypadku dziewcząt oznaczało zajęcia z Panią Zawodową Hafciarką. Te, które nosiły okulary, mogły być zwolnione z "zaliczania" kolejnych wzorów na ocenę. Ja miałam wtedy dobry wzrok...
Szare płótno pachnie haftowaniem serwetek.

O każdej porze roku, kiedy zaczyna zapadać zmrok, wszystko ma trochę inny zapach, niż w ciągu dnia. Zimą wszystko robi się niebieskawe i ta chwila pachnie wytracaniem prędkości.

A na choince zawsze były prawdziwe świeczki, nieduże i cienkie, w malutkich lichtarzykach, umieszczonych strategicznie i ze wszelkimi rygorami bhp (do tej pory u rodziców na choince są świeczki).
Szorowało się srebro specjalnym proszkiem albo pastą do zębów. Przy każdym talerzu na wigilijnym stole kładło się dla ozdoby gałązkę świerkową - wiązałam na nich kolorowe wstążeczki.
Babcia odmawiała modlitwę przed wieczerzą, i w niej niecodzienne słowo "szczodrobliwość" brzmiało odświętnie - odrobinę wykrochmalone, ale uroczyste, jak strój na specjalne okazje, który się zakłada raz do roku.
Pod choinkę prezenty przynosił aniołek. Długo nie rozumiałam, skąd się tam biorą, bo rzeczywiście okno było uchylone, pokój przecież pusty, i nagle - pod choinką paczki :)

Zmrożony śnieg skrzypi pod podeszwami. Mam utrwalony taki kadr: jadę na sankach z oparciem, opatulona szczelnie, a tata ma wełniany płaszcz, ciągnie sanki i śnieg właśnie tak skrzypi pod jego butami.

Rodzice - młodzi i potężni (choć czasem denerwujący podstawówkową awangardę swoim wstecznictwem :))))) - stanowili pole siłowe, niezniszczalny element krajobrazu. Łapię się na tym, że dalej tak myślę. No bo przecież są wieczni...?

Babcia Ze Strony Taty, mieszkająca daleko, na moją I Komunię przysłała mi w prezencie... swój słynny tort orzechowy. Nigdy nigdzie nie jadłam potem takiego tortu. Może kiedyś spróbuję go zrobić. Ten tort przyszedł pocztą, w paczce, i nawet w dobrym stanie :-)). Myślę, że w niebie karmią czymś takim (babcia nauczyła anielskich kucharzy), i w dodatku nikomu się to nie znudzi.

Dom miał swój zapach. Na co dzień oczywiście niewyczuwalny, ale po powrocie z wakacji, czy innych dłuższych wyjazdów, po otwarciu drzwi z lubością wciągałam nosem zapach domu. Nie szkodzi, że było trochę duszno, ważne że teren mój... :))

Jeszcze nie "dorosłam" do czytania biografii. Ponoć na pewnym etapie życia tylko to jest interesujące w czytaniu, bo tylko prawdziwe historie są naprawdę ciekawe. Chyba jeszcze to przede mną.

Tagi: zima
09:04, justyna.ada
Link Komentarze (4) »
wtorek, 27 grudnia 2016
Babciowo - kłębkowo

Możliwe, że tu już nikt nie zagląda, ja też sporadycznie. Większość życia społecznościowego przeniosła się na fejsbuka. Zresztą nie jestem tzw. blogerką, w znaczeniu "społecznościowym", nie tworzę miejsca, gdzie się gromadzą blogowe duszyczki i grzeją przy ogniu wykrzesanym z tego, co napisałam, dyskutują i konsumują apetyczne treści, okraszone suto zdjęciami dobrej jakości :)

Oczywiście dzierganie nie jest najważniejszą z bożonarodzeniowych treści.

Ale tak sobie patrzę na choinkę (nutowa bombka to prezent), dziergam sobie (na 5 drutach, tradycyjnie) rękawiczki dla blogowej koleżanki, i w związku z tym, że nawet Google w ten świąteczny dzień (tzn. 25.12) ma kłębkowy nagłówek, to sobie pogawędze okołokłębkowo i okołorodzinnie.

Myślę sobie o mojej śp. Babci, Mariannie z domu Lis. Im jestem starsza, tym bardziej widzę, jak ta postać nabiera w moim życiu ważności, chociaż zmarła, gdy miałam ze 20 lat, więc już jakiś czas temu. To był taki wzór biblijnej "dzielnej niewiasty", pod każdym względem :)

Babcia potrafiła robić rozmaite rzeczy w domu, jako że Dziadek, uroczy i kochany człowiek, nie był typem "mężczyzny-naprawiającego-wszystko". Świetnie gotowała. Nauczyła mnie pacierza. Miała stare książki, w których była dziwna pisownia, staroświecka czcionka, łacińskie teksty, tłoczone oprawy i zapach dawności. Już wtedy intrygowało mnie to, co dawne. 

Dziadek Giedroyć był z Wilna. Był idealistą, człowiekiem nie całkiem praktycznym. Uwielbiał swoją wnuczkę, bawił się ze mną, wygłupiał, pisał dla mnie wierszyki. Znał rosyjski i czytał mi książeczki rosyjskie tłumacząc na polski. Nauczył mnie bukw przy okazji. Umarł, kiedy miałam niecałe siedem lat.

Wiele lat później znalazłam nowiutki kapelusz typu fedora, po dziadku. Nosiłam go oczywiście, bo pasował na mnie akurat :)

U babci był wielki, czarny, dębowy kredens, którego rzeźbione drzwiczki tajemniczo skrzypiały, a po otwarciu czuło się zapach ciasta. Czasem ciasto rzeczywiście tam było :) W szufladach można było znaleźć dziadkowy tytoń do fajek. Tytoń przeżył dziadka (dziadek był o 15 lat starszy od babci), a zapach przeżył tytoń. 

Babcia byla zodiakalną Panną, w stu procentach. Była zorganizowana, bardzo dokładna, uporządkowana i "zebrana w sobie". Lubiła słówko „porządnie” :)) Pracowała w banku jako główna księgowa. Zapewne z pracy zostało jej przyzwyczajenie, że "na stole nie może nic leżeć", i o to nieraz toczyła ze mną boje :) Uwielbiała rozwiązywać krzyżówki (te trudne, w "Rozrywce") i stawiać pasjanse. I ja też rozwiązywałam krzyżówki i stawiałam pasjanse.

Miała świetną pamięć, ze szkoły pamiętała mnóstwo wierszy, recytowała mi je czasem. Na przykład całe fragmenty z "Pana Tadeusza". Nie wiedziałam jeszcze, kto jest autorem Inwokacji i z jakiego to utworu, ale już umiałam tekst. Na spacerach opowiadała mi mity greckie. Może miałam z siedem lat. Po wakacjach zażądałam od rodziców mitologii, w domu na półce stało wydanie Parandowskiego, czytałam go nie do końca rozumiejąc, ale kołysała mnie melodia języka.

Nauczyła mnie skręcać choinkowe łańcuchy ze sreberek od czekoladek. Te łańcuchy, które teraz sama robię i wiszą na choince mojej i u rodziców, zawsze mi się z nią kojarzą.

Pamiętam, że gdy byłam mała (a może chora...?) śpiewała mi kołysanki. Miałam kilka lat, ale już wtedy coś mi zgrzytało, że babcia nie do końca czysto śpiewała :))) No co, nie można mieć samych zalet... (tata też mi śpiewał kołysanki, tyle że czysto)

Miała swoje ukochane powiedzonka. Kiedyś mnie drażniły, a teraz sama ich używam…

Była kobietą z zasadami. Nie ze wszystkimi się zgadzałam, ale co tam :) Miała dobre serce i była opiekuńcza. Mnóstwo czytała i można było z nią na każdy temat porozmawiać. Miała w sobie wielką godność i klasę.

Babcia nauczyła mnie szydełkować i robić na drutach (najprostsze ściegi), kiedy byłam chyba we wczesnej podstawówce. Mogłam mieć z 6-7 lat, może 8. Skoro jeszcze bawiłam się misiami i laleczkami, którym można było robić ubranka...:)

Kiedy byłam w maturalnej klasie, babcia dostała udaru - chorowała na serce. Wracając ze szkoły, pod domem spotkałam młodszą siostrę - nie mogła dostać się do środka. Otworzyłam, wezwałam pogotowie. Szkoda pewnie, że upłynęło za dużo czasu od wypadku, bo przy udarach natychmiastowa pomoc jest kluczowa. Babcia do sprawności już nie powróciła, a odeszła po jakimś roku, w miejsce gdzie, jak powiedział wujek na pogrzebie "nie ma chorób, nie ma smutku. Jest piękny dzień."

Mama moja potrafi robić na drutach, ale tylko szaliki.

W czasach mojego nastolęctwa dzierganie nie było w modzie - jeśli już, to było koniecznością, bo sklepy świeciły pustkami. Babcia raczej szydełkowa była, i na przykład sweterek pierwszokomunijny zrobiła mi, jakiego nikt nie miał. A ja zazdrościłam koleżankom, bo wszystkie co do jednej miały pelerynki... :)

Dziergane drutowe sweterki miałam dzięki zaprzyjaźnionej Dziergającej Pani. Ale tak naprawdę nie byłam z nich zadowolona, bo Pani robiła wedle tego, co podpowiadał jej własny gust (choć starannie, wg sztuki), a nie aktualna moda :P

Sądzę, że wiele z tamtych siermiężnych czasów zostało w nas (nas = społeczeństwie pamiętającym puste półki sklepowe) nawarstwionego osadu sceptycyzmu co do udziergów. Bo to było coś zastępczego za towar sklepowy. Taki samogon. Coś, co starsze panie dłubały ze sprutych swetrów (bo o włóczkę też było trudno) wnuczkom, żeby nie zmarzły, pal licho wzornictwo. Coś, za co nie warto sowicie płacić, bo jest tylko ersatzem.

Pokolenie urodzone "w kapitalizmie" zachwyca się najprostszą czapką czy szalikiem dziergniętym ściągaczem na grubych drutach, jako dizajnem i cudem zręcznych rąk :) I bardzo to fajne, nie żeby coś. A rozmawiając z koleżanką starszą o parę lat ode mnie usłyszałam "...tak, kiedyś robiłam na drutach. Ale teraz w sklepach jest tyle ładnych rzeczy, że nie opłaca się drutów wyciągać." Cóż... pozwolę sobie się nie zgodzić :-)

Wracając po tej długiej dygresji... W liceum zrobiłam sobie jedną, obszerną i pasiastą kamizelę. Nie byłam do niej przekonana. No, i może jeszcze jakąś opaskę na włosy. I krzywy sweterek, źle wymierzony.

Założyłam rodzinę, pojawiło się potomstwo. Sweterek dziecku...! :-)) W tym okresie już pojawiały się u nas tłumaczone z niemieckiego gazetki (internet dopiero raczkował), więc zaczęłam studiować solidną literaturę na temat, z instrukcjami i obrazkami. Okazało się nawet, że robię na drutach nie tak jak w gazetkach - "po heretycku", albo inaczej wschodnioeuropejskim sposobem (jak większość naszych mam i babć). Co oznaczało, że muszę nauczyć się "zachodniego" sposobu przerabiania lewych oczek, albo dostosować się ze swoim sposobem do ichniejszych opisów. No to robię tak i tak :)

Potem zachciało mi się bardziej skomplikowanych wzorów, żeby i siebie przyozdobić :), studiowałam więc pilnie opisy. W końcu wszystko jest dla ludzi... Jakoś mnie ciągnęło. Nie jestem zbyt drobiazgowym, szczególarskim typem, nie jestem uparta i łatwo się zniechęcam. Ale tutaj jakoś nic mnie nie zniechęcało, aż dziwne. Szukałam włóczek, wymyślałam własne "myki", powiększałam swoje zasoby przydasiów. Potem pojawił się dostęp do internetu... Okazało się, że mnóstwo technik i "myków" istnieje pod jakimiś wymyślnymi nazwami :) Poszerzałam wiedzę po angielsku, bo społeczność anglojęzyczna szybciej i szerzej rozgościła się w sieci.

Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że dziergane rzeczy są ersatzem, że nie dorównują tym kupionym w sklepie - właśnie odwrotnie :) Szperanie po sieci utwierdziło mnie jeszcze w tym przekonaniu.

Nałóg ma się dobrze, włóczki rozpełzają się po domu jak grzybnia. Nie potrafię i nie mam ochoty ani powodu się od nich odzwyczajać (byle tylko to one nie wyrzuciły mnie z domu...). Za dużo mi to daje :) i akurat ładnie te wszystkie argumenty opisała <a href="http://herbimania.com">Herbimania</a> na swoim blogu, nie będę powtarzać, można przeczytać :)

Ciągle wiem, że wielu rzeczy nie wiem, co jakiś czas dowiaduję się czegoś nowego. Jakiś czas temu zaczęłam wymyślać swoje wzory. Czasem obdarowuję kogoś ukłębkami, jeśli wiem, że się będzie podobało. Czasem moje ukłębki wędrują do nowych, odległych domów. Zaczęłam dzielić się z innymi tym, co umiem, bo to miłe, kiedy ktoś nieumiejący teraz potrafi robić coś, co ma sens :) 

Wiele razy druty i włóczka pomogły mi zachować względną równowagę psychiczną w rozmaitych życiowych zawirowaniach.

Sobie i innym włóczkoholiczkom życzę szczęśliwego kłębkowego roku!

 

11:17, justyna.ada
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 117