O dzianinie ręcznie wykonanej, na drutach i szydełkiem - w różnych formach i kolorach, w oparach włóczkoholizmu. I jeszcze o śpiewaniu...
Archiwum
Tagi
POLetsy handmade in Poland
środa, 25 stycznia 2017
Przymiarka

żakard

Próbka (wzorem bez dokładnie wyliczonych kształtów,  chodziło o znalezienie liczby  oczek przy danej włóczce w technice norweskiej) zrobiona, teraz tylko nabrać zylion oczek i jedziemy dookoła... 

Można oczywiście dziergać żakard w te i wewte, nie naokoło,  ale zbytnio tego nie lubię,  bo po lewej stronie gorzej widać wzór,  i wolniej go przybywa.

Nie, sweter nie będzie pomarańczowy :) tylko wielobarwny...

W przejściu między światami

Skład osobowy w ramach tego porannego kursu jest w miarę stały, co dzień więc w drodze do pracy obserwuję prawie ten sam zestaw ludzi. Tak, obserwuję ich :) mam tylko nadzieję, że to nie wygląda zbyt natrętnie i staram się omiatać ich wzrokiem delikatnie, jak antyki miotełką do kurzu, i obejmować szerokim polem widzenia. Przyglądam się zwłaszcza tym, którzy nie są zajęci swoimi smartfonami (bo ci mają opuszczone głowy i gapią się w ekraniki). Niektórzy przysypiają, lekko otępiali z rana, inni coś czytają, słuchają przez słuchawki, albo patrzą przed siebie nieobecnym spojrzeniem.

To oczywiste, że jeśli ktoś ma na sobie coś ładnie włóczkowego, to staram się zeskanować wzór i wyobrazić sobie, jak bym to mogła zrobić :)

Przyglądam się twarzom kobiet, z makijażem i bez, gładkim i ze zmarszczkami, studiuję kolor włosów, jego temperaturę w porównaniu z barwą skóry, kolorystykę stroju... Wyobrażam sobie, kim mogą być, kiedy nie jadą akurat autobusem, kiedy nie znajdują się w tym „przejściu między światami”, gdzie wszystko jest jeszcze zawieszone, i z którego można wysiąść i na przystanku „Narnia”, i na różnych innych. Pasażer schrödingerowski :) - już jest spóźniony, a jednocześnie nie, bo jeszcze nie przeszedł do świata pt. praca.

Wiem, że każdy ma swoją historię, i że niektóre z tych historii mogą być dramatyczne. Każdy toczy własną batalię.

Ona może mieć około 30 lat, obrączka na palcu. Bardzo spokojny ubiór, żadnej awangardy. Zero makijażu, a typ urody całkiem nie rzucający się w oczy, ale za to rysy twarzy regularne. Ściągnięte w kucyk włosy. Gdyby ją lekko umalować, rozpuścić włosy, a dobry fotograf zrobiłby zdjęcia, wyszłaby pięknie i szlachetnie. No ale w porządku, nie każdy przecież lubi się malować.

Częsty w tym miejscu na Ziemi „nadwiślański mysi” kolor włosów, szaroniebieskie duże oczy, jasna chłodna karnacja. Ponury ciemnoszary płaszcz. Szalik  w jakimś rudawym beżu. Beżowa czapka. W tej kombinacji ona nie ma szans, kolor z jej twarzy zostaje wyssany jak krew, a ona sama znika i rozmywa się, jak złożona chorobą.

Niebieskie klasyczne dżinsy – chociaż tyle, ulga dla oka! :)

Przychylić jej błękitnego nieba! Zanim wysiądzie! Otworzyć tubki z farbami, chlapnąć na ten obrazek niebieskością, plamą z wiśni, morską wodą! Dodać trochę granatu, fioletu, różowego, mięty… podłączyć kroplówkę z kolorami, wsączyć orzeźwiający sok w żyły, niech blade zimowe światło wie, że ma się odbijać i w bezbarwnej chodzącej ramce namalować życie!

Oczywiście, wiem, to tylko moje dywagacje, nie każdy lubi być zauważany i wyróżniać się z tłumu, i nikt nie będzie przeze mnie na siłę „uszczęśliwiony” :)

 paleta

 



wtorek, 17 stycznia 2017
Swetrowa deklaracja, czyli w kawałkach

Kiedyś, dawnymi laty, zanim się człek zachłysnął internetowymi dobrociami informacyjnymi, nie był jeszcze świadom, że istnieje 1001 metod robienia swetrów w jednym kawałku i od góry. Natomiast czytało się grzecznie w źródłach, że sweterek składa się z części, trzeba je zrobić, najlepiej mając wykrój, a potem zszyć.
Potem się naczytał człek internetów i został poddany indoktrynacji, że oto ZSZYWAAANIEEE swetrów jest najgorszym złem, jakie może się przytrafić nieszczęsnej dziewiarce, i najfajniej jest nie musieć niczego zszywać.
Pewnie jest w tym ziarno prawdy. Sądzę, że chyba nie chodzi nawet o sam proces dziubania igłą (no, nie lubię tego, fakt, te majtające się nici, fuuu...) tylko o to poczucie obezwładnienia, kiedy już druty odłożone, i chciałoby się zażyć trochę triumfu - a tu, hehe, leżą przed nami jak gadzie wylinki, strzępki, które dopiero będą swetrem. Jak już pozszywam i jeszcze na domiar złego - wykończę (czyli znowu będę musiała złapać druty, i to będzie neverending story, aaaaa!).
Obstawiałabym powszechnie panujący strach przed Wirusem Drugiej Skarpetki - czyli po zrobieniu z sukcesem jednej skarpetki, zasoby energii potrzebne na drugą okazują się wyczerpane. Takoż i w kwestii swetrów (nie daj Boziu, jeśli to kardigan...)

Przerobiłam zatem w ciągu iluś lat rozmaite metody dziergania swetrów (pulowerów i rozpinanych) w jednym kawałku. Zwykły raglan od góry, contiguous, ziggurat... z dekoltem takim, owakim, z guzikami, bez...

I być może po prostu jestem tępa :) albo coś z moją sylwetką nie tak. Ale wyszło mi, że wtedy, gdy robiłam swetry jak krawiec przykazał, to one pasowały. Zszywałam, i pasowały.
Natomiast te wszystkie metody chroniące mnie przed odrażającym zszywaniem, niestety w moim przypadku udowodniły, że jest jedna gorsza rzecz niż zszywanie. Mianowicie - niepasujący sweter.

Jasne - przy jednokawałkowych metodach istnieją też sposoby na dopasowanie do konkretnej sylwetki (kanciastości ramion, szerokości pleców, rozmiaru biustu, szerokości pachy, talii...) I raglan też nie musi mieć dodawania oczek co drugi rząd, może być co trzeci, i tak dalej... Trzeba się tylko wtedy odpowiednio naobliczać. To ja nie wiem, czy już nie szybciej zszyć :)

Jak narysuję sobie wykrój 1:1, na podstawie prawidłowo zdjętych wymiarów, i w trakcie robienia przykładam do niego moje wylinki, to potem musi pasować, nie ma siły. I wtedy dobrze wyglądam i w takim swetrze chętnie chadzam. I nigdzie mi się nie ciągnie i nie marszczy.

Więc niniejszym zeznaję, że powracam do rysowania wykrojów w częściach (OK, wyjątek będą stanowić swetry żakardowe, bo zamierzam dziergać je w kółko, a kardigany ciąć, patrz steeking). No, może tylko rękawy z główką będę wrabiać, bo szew w tym miejscu zwykle nie jest zbyt zgrabny. Ale to nic nie zmienia.

Przez wykrój rozumiem wykrój :) czyli coś takiego typu jak poniżej (przy czym wszystkie części rysuję w całości, nie połówki)

wykrój przykład

(schemat pożyczony z Dropsa: www.garnstudio.com)

Howgh.

wtorek, 10 stycznia 2017
Zimne powietrze, czyli o przemijaniu
mitenki
(na zdjęciu mitenki moherowe, udrapowane na karmniku :) Karmnik wówczas jeszcze nieczynny, bo to było przed mrozami)
Do ciepłego pomieszczenia przez nagle otwarte drzwi wdziera się porcja mroźnego powietrza - na przykład do autobusu stającego na przystanku - i uderza mnie w nos. Pachnie zimą.
Albo inaczej: w jakiejś małej miejscowości, gdzie są piece węglowe lub na drewno, a nie ma ruchu samochodowego - charakterystyczny zapach dymu w powietrzu. Drewna i zimy.
I pachnie feriami, zimowiskami, dawnymi czasami, w których ja byłam przecież tą samą osobą, co teraz! Zapachy też były takie same.
Sople lodowe mają swój zapach (i smak też mają...), kulki śniegowe, ośnieżone patyki, ruda trawa z błotem też ma swój zapach, w czasie odwilży. I lodowisko, zapach mokrej gumowej wykładziny, po której się drepcze w łyżwach przed wejściem na lód.
Sanki, bitwy na śnieżki, przemoczone rękawiczki na kaloryferze. Zamarznięte jeziorko, po którym się ślizgało na podeszwach.
A jak trudno było o dobre zimowe buty, w ogóle o jakiekolwiek buty. Osobną epopeję można by napisać o zdobywaniu obuwia i warunkach, w jakich to się odbywało...
Kiedy po kolejnych za cienkich, za śliskich, albo przemakających butach, udało mi się nareszcie posiąść Ciepłe I Suche Botki Z Futerkiem I Grubą Podeszwą, zostałam szczęśliwym człowiekiem, któremu jest ciepło w nogi.

W latach 80 modne były kominy (takie na głowę razem z szyją). Ja też chciałam mieć komin i wyglądać jak dziewczyny z żurnali. Pani Robiąca Sweterki została poproszona o udzierganie, ale chyba pomyślała, że ma być wersja pt. rurka na szyję... Wyglądałam w tym jak peryskop.

Inna rzecz, że w każdym kominie noszonym na głowę wyglądam nie jak uosobienie stylowego luzu, tylko jak jakieś rozpaczliwe wojenne niedobitki. Taką mam gębę :)

Na zajęciach ZPT w podstawówce w programie (dla dziewcząt) było robienie kapci na drutach. Takich "cudnych", o:

kapcie
/źródło: patternlinks.com/
Teraz można znaleźć mnóstwo pięknych wzorów na domowe kapcie drutowe i szydełkowe, naprawdę kulturalnych :) i zachęcających do noszenia. Może nawet się skuszę... Wtedy najczęściej robiło się toto z włóczki stylonowej, bo była nie do zdarcia. Niestety wygląd miała odwrotnie proporcjonalny do trwałości. Ale za to znakomicie nadawała się do robienia gobelinów. Brało się kilka nitek takiej włóczki, wsuwało w rurkę metalową i koniec tego "knota" przypalało się nad świeczką. Stylon się oczywiście topił, przytykało się więc stopiony koniec do podłoża (gruba workowa juta dobrze się sprawdzała) i po przyklejeniu przystrzygało się, a potem znów rurkę nad świeczkę. Różnymi kolorami tej włóczki produkowało się wzorzyste "trawniki" :)
Kilka ładnych lat temu wystawiłam gdzieś w internecie na sprzedaż parę kłębków tej włoczki, bo zostało gdzieś w chacie. Sprzedało się bardzo szybko (na kapcie właśnie). Od tego czasu co parę miesięcy ktoś znajduje w sieci tamtą moją ofertę i pisze maila, czy jeszcze aktualne, bo na kapcie... :))) Nawiasem, w lumpeksach bywa ten towar, polecam poszukać.

A szare lniane płótno kupowałyśmy na haftowane serwetki. Ściegiem Richelieu. Trzy lata haftowałam serwetki na przedmiocie pt "praktyki uczniowskie", co w przypadku dziewcząt oznaczało zajęcia z Panią Zawodową Hafciarką. Te, które nosiły okulary, mogły być zwolnione z "zaliczania" kolejnych wzorów na ocenę. Ja miałam wtedy dobry wzrok...
Szare płótno pachnie haftowaniem serwetek.

O każdej porze roku, kiedy zaczyna zapadać zmrok, wszystko ma trochę inny zapach, niż w ciągu dnia. Zimą wszystko robi się niebieskawe i ta chwila pachnie wytracaniem prędkości.

A na choince zawsze były prawdziwe świeczki, nieduże i cienkie, w malutkich lichtarzykach, umieszczonych strategicznie i ze wszelkimi rygorami bhp (do tej pory u rodziców na choince są świeczki).
Szorowało się srebro specjalnym proszkiem albo pastą do zębów. Przy każdym talerzu na wigilijnym stole kładło się dla ozdoby gałązkę świerkową - wiązałam na nich kolorowe wstążeczki.
Babcia odmawiała modlitwę przed wieczerzą, i w niej niecodzienne słowo "szczodrobliwość" brzmiało odświętnie - odrobinę wykrochmalone, ale uroczyste, jak strój na specjalne okazje, który się zakłada raz do roku.
Pod choinkę prezenty przynosił aniołek. Długo nie rozumiałam, skąd się tam biorą, bo rzeczywiście okno było uchylone, pokój przecież pusty, i nagle - pod choinką paczki :)

Zmrożony śnieg skrzypi pod podeszwami. Mam utrwalony taki kadr: jadę na sankach z oparciem, opatulona szczelnie, a tata ma wełniany płaszcz, ciągnie sanki i śnieg właśnie tak skrzypi pod jego butami.

Rodzice - młodzi i potężni (choć czasem denerwujący podstawówkową awangardę swoim wstecznictwem :))))) - stanowili pole siłowe, niezniszczalny element krajobrazu. Łapię się na tym, że dalej tak myślę. No bo przecież są wieczni...?

Babcia Ze Strony Taty, mieszkająca daleko, na moją I Komunię przysłała mi w prezencie... swój słynny tort orzechowy. Nigdy nigdzie nie jadłam potem takiego tortu. Może kiedyś spróbuję go zrobić. Ten tort przyszedł pocztą, w paczce, i nawet w dobrym stanie :-)). Myślę, że w niebie karmią czymś takim (babcia nauczyła anielskich kucharzy), i w dodatku nikomu się to nie znudzi.

Dom miał swój zapach. Na co dzień oczywiście niewyczuwalny, ale po powrocie z wakacji, czy innych dłuższych wyjazdów, po otwarciu drzwi z lubością wciągałam nosem zapach domu. Nie szkodzi, że było trochę duszno, ważne że teren mój... :))

Jeszcze nie "dorosłam" do czytania biografii. Ponoć na pewnym etapie życia tylko to jest interesujące w czytaniu, bo tylko prawdziwe historie są naprawdę ciekawe. Chyba jeszcze to przede mną.

Tagi: zima
09:04, justyna.ada
Link Komentarze (4) »