O dzianinie ręcznie wykonanej, na drutach i szydełkiem - w różnych formach i kolorach, w oparach włóczkoholizmu. I jeszcze o śpiewaniu...
Archiwum
Tagi
POLetsy handmade in Poland
niedziela, 28 lutego 2010
Wykańczalnia ;)

czyli efekt wcześniejszej pobudki dzisiejszej:

melanz

melanz

melanz

czyli melanżowy sweterek (robiony od góry na okrągło, po pierwsze dlatego, że mało zszywania, po drugie dlatego, że to była końcówka tej włóczki, i jak widać, troche brakło i trzeba było kombinować).

Po bokach dodawałam oczka naturalnie, i jeszcze po drodze zmieniłam druty na grubsze - z 4,5 na 5,5.

Na fotkę z wkładka mięsną muszę poczekać, aż zszyję rękawy i przyszyję guzik pod szyją.

Przyznam się, że czasem nie jestem pewna, czy MCT podobają się moje wyroby - jak się jej da, to założy, jak się spyta, to mówi, że się podoba, jak się wręczy to jest zadowolona, ale sama się rzadko doprasza :-P (a stroić się lubi, jak typowa baba) Rzadko kiedy coś u mnie zamawia. Więc nie wiem - a może nie ma takich potrzeb, bo najważniejsze są i tak lalki i gry komputerowe? O sukienkę dla lalki na przykład męczyła mnie dość intensywnie... (i sukienkę zrobiłam, zresztą to jest błyskawiczny sukces, takie ciuszki :-)

sobota, 27 lutego 2010
Kto rano wstaje...

...ten ma więcej czasu na wszystko. Zakladając oczywiście, że się zwlecze z łóżka ;-)

Z konieczności wstałam dzisiaj wcześnie pomimo soboty, i od godziny 7.30 rano praktycznie już moglam robić różne rzeczy, co tylko chcialam... I się okazało, że nagle mam czas, żeby a to sprzątnąć różne miejsca, co to zawsze nie ma kiedy, a to z włóczkami jakis porządek większy zaprowadzić, a to parę rządków przerobic... Na przykład kończę sweterek MCT - wiem, że zabraknie za chwilę tej melanżowej bawełny (robię od góry, rękawy już gotowe), więc wprowadziłam drugi kolor.

melanz

Wzorek mi tak jakoś sam wyszedł na Szarotkach, i uznałam, że może być.

melanz

Uznałam też, że z tym wstawaniem to bardzo dobry patent. Bo kiedy po domu nikt nie gania, to nareszcie można się zrelaksować.:-) Pomysł świetny, tylko nie wiem, czy dam radę go wprowadzić w życie.

Subiektywna recenzja :-)

...jest taka, że to znakomite przedstawienie. Pan Treliński zrobił tu bardzo dobrą robotę, moim zdaniem. Ponieważ:

- Verdi jest zagrany i zaśpiewany pięknie i arcykulturalnie, bez pompy i wycia, za to z wydobyciem prawdziwych emocji, a nie decybeli
- przedstawienie ogląda się jak dobry film lub sztukę teatralną
- a muzykę słyszy się jak bardzo dobrą muzykę filmową
- śpiewacy grają role, a nie stoją i wydają dźwięki
- jest to przejmująca historia o śmierci, dramat, a nie melodramat
- i jeszcze żeby ułatwić zycie publiczności, nad sceną jest wąski ekranik, na którym, jak w kinie, leci polska wersja tego, co właśnie śpiewają lub recytują :-)

Tytułową bohaterkę zaśpiewała w tej obsadzie Joanna Woś, i bardzo, bardzo mi się podobała. Jej Violetta jest kobietą naznaczoną od początku nieszczęściem, której odbiera się nadzieję, a śpiewa o tym (okrągłym i ciemnym głosem; a wysokimi dźwiękami też gra, a nie tylko śpiewa) tak naturalnie i wprost, że aż ściska w gardle. Mnie, nie ją :-)

Pozdrawiam pod wrażeniem.

10:39, justyna.ada , Muzyka
Link Komentarze (2) »
piątek, 26 lutego 2010

plakat

"Dzisiaj wielki bal w Operze...(...)"

Tak tylko mi się skojarzyło.  Nie będę bowiem cytować następnych linijek :-)))

Skojarzyło mi się, bo swego czasu "Bal w Operze" Tuwima zrobił na mnie wielkie wrażenie (w ogóle cała jego twórczość...) jako słowo trzymające człowieka w napięciu, malujące przed jego oczami ciągle zmieniający się obraz, wstrząsające emocjami. Kilka wyrazów i człowiekowi kręci się w głowie...

Tak, kiedyś zostałam ustrzelona "kulą z sześciostrzałowej błyszczącej piosenki". I ten postrzał nie chce się zagoić, i niech tak zostanie.

A ja po prostu wybieram się na http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/88693.html">"Traviatę". Dawno nie słyszałam niczego romantycznego, może powieje czymś świeżym (tylko cóż ja biedna poradzę, że czytanie streszczenia libretta zawsze przyprawia mnie o skręt ze śmiechu). Najlepiej "leży mi" barok, jak by nie było, ale w końcu to przecież nie jest tak, że pomiędzy poszczególnymi stylami czy epokami leży sobie gruba krecha i następuje totalny odwrót. Ludzie byli zawsze tacy sami :-)

09:11, justyna.ada , Muzyka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 25 lutego 2010
Wyrzut sumienia

To leży na mojej ławie rękodzielniczej. I leży, i leży, i leży... a ja raz tu podłubię parę oczek, raz tam podłubię... i tak zusammen do kupy dalej to wszystko leży...Wychodzi mi, że godzina dziergania dziennie to jest obecnie luksus nie z tej ziemi. :-(

wip

Od góry: kolorowy pulowerek dla MCT, robiony od góry na okrągło, kołnierz Grubego Swetra, połowa przodu szarej kamizelki, Czekolada, i zielony alpakowy szal.

Wszystko oczywiście jeszcze nie skończone. W charakterze wyrzutu sumienia. A teraz jeszcze mi prawdopodobnie dojdzie jakiś outfit chrzcielny dla urodzonego parę dni temu chrześniaka. :-)

środa, 24 lutego 2010
Drożdżowo

Zachciało mi się wczoraj czegoś dobrego do skąsania. Czasem mnie tak nachodzi, jeśli w ramach odskoczni od zajęć, wlezę na jakiegoś kulinarnego bloga.

Zauważam, że bardziej pociągają mnie przepisy na potrawy niesłodkie, niż na ciastka i torty, może to dlatego, że kiedy jestem głodna, to bym coś wytrawnego przekąsiła.

No więc poczytałam, i zachciało mi się domowej pizzy. Mam taki przepis na ciasto, od teściowej zresztą, wychodzi zawsze jeśli tylko wyrosną drożdże, a czas przygotowania mierzy się jedynie przygotowaniem "wierzchu" czyli warzywek i innych badziewi. Potrzebny jest kubeczek, garnek, łyżka i blacha do pieczenia. Gdy się weźmie mniejszą blachę, ciasto jest grube i puszyste, a jak większą - cieńsze i chrupiące.

Bierze się 3 dkg drożdży, rozgniata z odrobiną cukru i dolewa trochę ciepłego mleka. Ja dolałam do wysokości pół szklanki, a drożdże zrobiły tak...

drozdze

Ja wiem, że to prozaiczne, ale obserwowanie bąbli wędrujących sobie w górę i rosnącej drożdżowej czapy bardzo mnie bawi :-)))

A potem wsypuję do garnka 2 szklanki mąki, wlewam te wyrośnięte drożdże, wbijam 1 jajko, solę, i dodaję ze dwie łyżki oleju (tak żeby ciasto było elastyczne). Za pomocą łyżki w ciągu paru minut kula pizzowa lepi się sama i bez brudzenia rąk oraz połowy kuchni ;)

pizza

A potem już tylko smaruję blachę oliwą i podsypuję mąką ziemniaczaną, żeby ciasto nie przywarło, i rozciągam ciasto na blasze, okładam czym popadnie... (u mnie tym razem: pomidory z kartonika, przesmażone z czosnkiem i bazylią, kiełbasa, papryka, kukurydza, ser, oregano)

pizza

i po 20 minutach pieczenia mam pizzę. Smacznego :) Zjedliśmy we dwójkę na kolację, a czego nie zjedliśmy, w ramach obiadu zniszczę w pracy.

pizza

Wykańczam właśnie kołnierzem Gruby Sweter, jak akurat mamy odwilż... :] Na przyszłą zimę będzie jak znalazł.

poniedziałek, 22 lutego 2010
Ledwo żyję

Ale chwilowo czuję się "dośpiewana" :-)

Po trzech bitych dniach darcia gęby od rana do wieczora klasycznie (a późnym wieczorem rozrywkowo przy gitarze) oraz uczestniczenia w próbach oraz prowadzenia minimum dwóch prób dziennie - ledwo stoję i oczy mi się zamykają.

I good news (ale nie chcę na razie zapeszać...) udało mi się zmontować kameralny składzik (8-10 osób) który mam nadzieję że się nie zniechęci (bo ja na przykład uwielbiam metrum na dwa, a większość jest przyzwyczajona na cztery :-) i będziemy w stanie razem coś fajnego zmontować.

Wzięłam sobie tak ad hoc "na spróbowanie" to co poniżej

http://www.youtube.com/watch?v=YhnMnwdZz_A

(tu akurat śpiewa duży skład, nagranie jest sprzed roku, mnie tu nie ma) i wyszło nam bardzo fajnie i... mistycznie ;)

Najfajniejsze w tym, co możemy zrobić, jest to, że ta muzyka oddycha, rośnie, zanika, faluje, że widać że śpiewaków aż roznoszą emocje, ale zamieniają je na piękne dźwięki, a słuchacz przez tych kilka minut ma szansę na kawałek nieba :-)

Ale ja muszę się jakoś zaimpregnować psychicznie, bo jak na razie strasznie to męczące zajęcie :)))

PS. Ale także udało mi się przerobić parę rządków na drutach, żeby nie było...

14:51, justyna.ada , Muzyka
Link Komentarze (1) »
środa, 17 lutego 2010
Niemowlęco

A buciki i czapeczka dla zapowiadającego się noworodka wyszły mi, zdaje się, za duże. Ech. Nie będę pruła, zostawię jak jest... najwyżej przydadzą się później. We właściwym rozmiarze to juz chyba nie zdążę, niestety.

buciki

buciki

buciki


buciki

Na zdjęciu nie widać, ale czapeczka to chyba się przyda za kilka dobrych miesięcy :-) Buciki robione "z jednym szwem", czapeczka bezszwowo, z szydełkowym sznureczkiem.

Włóczki zostało jeszcze spokojnie z 15 czy 20 deko. Hm. Co z niej machnąć? Dzidziuś, z tego co wiem, będzie miał i tak ubranek od groma i ciut ciut, a jego mamusia zresztą lubi szydełko.

Z różnych powodów mam kiepawy nastrój, jeśli nic się nie wydarzy ekstra, to tak przez jakiś czas zostanie; robótkowanie też powoli mi idzie, a czasu coraz mniej. Brakuje mi tych spokojnych wieczornych godzin na ulubionym fotelu, przy Dwójce, nad kłębkiem. O urlopie już dawno nie pamiętam.

Żeby jednak nie było, że własny dołek podciągam pod popielcowe klimaty, to spróbuję jednak zawalczyć troszkę o pogodniejszą gębę dla ludzi.

wtorek, 16 lutego 2010
Zanim

kluczklucz

Staram się pędzić jak najszybciej z zamierzonymi robótkami, chociaż czasu bardzo mało. W czwartek jadę na weekendowe zgrupowanie z chórem, więc kilka dni mnie znów nie będzie, i narobię sobie zaległości, bo tam raczej nie czeka mnie dzierganie, tylko zdzieranie (gardła). Gruby sweter "chóralny" na ukończeniu, ale jednak nie zdążę chyba go ze sobą zabrać, bo... nie mam dobrych guzików :-(

A dzidziusiowy komplecik też nie skończony, i raczej nie zostanie wręczony przed przyjściem na świat chrześniaka, musi poczekać. No to go przynajmniej sfotografuję... jak zdążę...

Muszę chodzić spać tak, żeby chociaż te 6-7 godzin snu załapać. W przeciwnym razie jest źle. Już nie mówię, że nie da się śpiewać...

09:54, justyna.ada , Muzyka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 lutego 2010
Trochę wspomnień narciarskich

Tutaj parę fotek beskidzkich... Na początek Królowa Niepogód, czyli Babia Góra, widziana ze słowackiej strony z Sihelnego...

ferie

a tu nasza drużyna...

ferie

a tu niektórzy jej dzielni członkowie

ferie

ferie

Było niekiedy naprawdę zimno, kaptury i czapy się przydawały...

ferie

Ale i bałwana można było ulepić :-)

ferie

A to nie moje maleństwo, tylko znajomych, na chwilę sobie przygruchałam :-) Fajne takie malutkie ciałko... (tak, wiem, że mam głupią minę, nie trzeba mi tego mówić :-)

ferie

No to będę miała niedługo szansę, bo na dniach urodzi sie mój przyszły chrześniak. O do licha... gdzie te moje dziecięce włóczki...?!?

 
1 , 2