O dzianinie ręcznie wykonanej, na drutach i szydełkiem - w różnych formach i kolorach, w oparach włóczkoholizmu. I jeszcze o śpiewaniu...
Archiwum
Tagi
POLetsy handmade in Poland
sobota, 31 marca 2007
Red Bull moim przyjacielem

To miał być weekend przyjemności (spanie, jazda konna, dziergania, te sprawy) oraz pożytecznych zajęć typu porządki w najkonieczniejszych miejscach w domu. Do dzisiaj do 8.53.

Cóż za błogi sen to był... wprawdzie, jak zwykle, śniły mi się jakieś głupoty, ale przynajmniej spacyfikowana rodzina nie tupała nad głową. I w tym śnie usłyszałam dźwięk, który mi do niczego nie pasował, jakby dzwonił telefon. To musiał być telefon. Chyba nawet służbowa moja smycz. Nadzieja, że zamilknie, okazała się płonna. Doczłapałam do torby i odbieram. - Z tej strony K. - Ale jaka K.? - bełkoczę tonem typu "alleossochozzi". - No, K (Hasło: Uppsala, odzew: Korona...)

O sso chozzi? Ano tłumacz, który miał zrobić robotę na poniedziałek rano, wypiął się na K. tylną częścią ciała i znikł, a raport został. Koło czterdziestu stron, z czego połowa to tabele, połowa tekst. Tekst wezmę ja.
Po pierwsze, na szczęście nie za darmo. Kasa jest mi potrzebna, quite desperately.
Po drugie... no co mam zrobić, zostawić tak?

Ale niee, koniki i druciki nie mogą przecież iść w odstawkę.
Red Bull przyjacielem człowieka.

piątek, 30 marca 2007
Gwałt przypadkiem (ale na fakturę...)

Kolega Z.:


Z.: Wysyłam dziś raporty, potrzebuję fakturę.

ja: Się zrobi, spoko (i robię dalej coś tam)

-----

Wpada Z.: I co, jest ta faktura?

ja: A to miało być na gwałt?

Z. Noooo...

ja: Oj, to drożej będzie.

Z. Ale ja tu tylko tak przechodziłem, ten gwałt to przypadkiem...


------

 

A znajomy, wyjeżdżający często w delegacje, opowiada, że są hotele, w których nawet „panienki” wliczane są do faktury za pobyt służbowy. Hm....

Za pokutę :-)

Wybrałam się celem odkurzenia grzesznej duszyczki, ale akurat nie zastałam księdza :-(
M.: - No to chodź do mnie, ja ci nawet udzielę rozgrzeszenia.
ja: - Ale za pokutę będę mieć cały miesiąc robienia masażu.... :-(

Cmentarny lunch

W związku z totalnym, wszechogarniającym i paraliżującym dołem (paraliżującym również zapał do pracy) oraz dzięki wyjątkowo małemu obłożeniu w dniu wczorajszym, postanowiłam dotlenić mózg i przejść się po Powązkach Wojskowych. Klina klinem, znaczy...

I wróciwszy, mówię do kumpla: dziś przerwę obiadową spędziłam na cmentarzu....
I dopiero po chwili dotarło do mnie, czemu się tak zwija.

*******

Puste biurko po Studencie wywołało komentarz koleżanki G.: noo mam nadzieję, że na tym miejscu zasiądzie jakiś przystojny chłopak!
P. wykrzywił się okropnie (ma wciąż nadzieję, że to będzie jakaś fajna laska...;-)
Najważniejsze jednak, co w głowie mieć będzie... G. się może rozczarować.

*******

 

Nie mogę się zabrać do dziergania, jakby mi zdrętwiały ręce. Nie wiem czemu. Półki mam pełne motków, pod stołem też się piętrzą w koszach. I nic.

wtorek, 27 marca 2007
Dzień Penelopy

Dzień Penelopy charakteryzuje się dwiema cechami:

1. nie ma ślubnego,
2. siedzę i coś dziergam.

(o, na przykład to...)

rozowy

Ślubnego nie ma, bo wtorek. We wtorek zawsze tak ma, że wraca w najlepszym wypadku, gdy ja prawie śpię. W tym gorszym, gdy już śpię. (za to w inne dni tygodnia trafia się, że wraca trochę wcześniej...)
Od mitycznej Penelopy różnię się z kolei tym, że w nocy śpię. Nie pruję. Nie cierpię prucia.
Powyższy termin ukułyśmy z koleżanką, której mąż co i rusz służbowo podróżuje i dla odmiany na noc nie wraca.

A Junior zazwyczaj sprytnie obiera sobie wtorek jako Dzień Scysji Ze Mną. (dziś wyjątkowo nie...)

Młoda kaszle i prycha, świetnie, bo właśnie robi się ładna podwórkowa pogoda, to można będzie posiedzieć w domu :-/ A tak słodko sobie rano spała, że omal jej nie zeżarłam (ale zrobiwszy zdjęcie postanowiłam jednak obudzić).

tosia

Penelopy wszystkich krajów, łączcie się!

piątek, 23 marca 2007
Skleroza nie boli, ale...
... ale fotki (włóczkowe, of course) dopiero po weekendzie. Kiedy dorwę aparat. Więc na razie "bez obrazy".
Aaaa zatrudnię...

Nieźle się miewam jako "dział szkoleń" :-/
Student czyli Pracownik O Pięciomiesięcznym Stażu, opuszcza mnie z Ważnych Powodów Życiowych I Naukowych. Kiedy już się trochę zaczął rozeznawać w tym, co robimy, i nabierać wprawy (choć i tak trzeba było ciągle nim sterować). Super. Więc siedzę nad stertą życiorysów Innych Potencjalnych Pracowników, przerażona perspektywą zarobienia się na śmierć, jeśli szybko ktoś nie przyjdzie.

E. była świetna w swoim czasie, ale przeszła do innej komórki robić coś zgodniejszego z kwalifikacjami. I słusznie.

Ale nigdy nie będę miała kogoś takiego jak P. Można było mu powiedzieć coś raz, i natychmiast załapywał. Inteligentna bestia. Zapamiętywał wszystko błyskawicznie, i po pół roku mogłam go spokojnie zostawiać z całym rozgrzebanym majdanem i iść na urlop. Co z tego, że wydzwaniał codziennie. Ale było zrobione, i zrobione dobrze.
A dodatkowym bonusem było (jest) to, że zawsze mieliśmy o czym pogadać. I powydurniać się.
I czasem mi pomagał, albo vice versa. I znosił stoicko różne moje nastroje, a ja starałam się informować lojalnie o ewentualnych humorach :-)
I nigdy się nie pokłóciliśmy przez dwa lata, siedząc naprzeciw siebie. Nie było zresztą powodu.

I już nie pracuje dla mojego działu... dobre egzemplarze są szybko wyławiane przez innych (i w sumie słusznie!)
Ale dalej siedzimy biurko w biurko. I bardzo dobrze. Chłopie, żebyś wiedział, jak dobrze mi się z Tobą pracuje... i jak naturalnie się czuję. I jak lubię, kiedy jesteś.
Mimo tej różnicy 10 lat.

I teraz też chciałabym zatrudnić faceta. Zdecydowanie. Raz, że zdrowa równowaga hormonalna w firmie jest potrzebna, dwa, że przecież czasem trzeba coś ciężkiego przenieść... Trzy, że tak mi jest lepiej. Jakoś tak... normalnie, naturalnie i na luzie. Bez stresu. Nie wiem czemu, ale kobiety po prostu mnie bardziej stresują :-)

No i pytanie: ile Nowy popracuje, zanim będzie musiał odejść zdobywszy już wiedzę potrzebną do swobodnej pracy w moim biurze?...

czwartek, 22 marca 2007
Koncept z kalendarza

Kto pamięta, z czego to cytat? A?

A ja, wzorem dawnych Sarmatów, czerpię z mojego kalendarza - w którym na co dzień bazgrzę gęsto, co mam zrobić w pracy, bo inaczej zapomnę - wielce pouczające aforyzmy znanych postaci. Na każdy tydzień są dwa. Może czasem się podzielę, na przykład:

"Gdy tylko człowiek staje się w czymś mistrzem, winien stać się uczniem w czymś innym." (albo wziąć udział w teleturnieju...)

"Jesteśmy tu na Ziemi po to, by czynić dobro dla innych. Po co są tu inni - nie wiem."

sobota, 17 marca 2007
"Jak Oni Fałszują"

Traf chciał, że akurat - czekając na losowanie Totolotka (wszak kumulacja dziś...) - zdarzyło mi się obejrzeć fragment importowanej-w-zakresie-pomysłu produkcji pod hasłem "jak ktoś umie robić coś, to niech się weźmie za coś, na czym się nie zna, też go będziemy oklaskiwać".

Jeeeeezu. Królestwo za jeden czysty dźwięk... No czegoś tak fałszywego to dawno nie słyszałam. Jak mawia inny mój znajomy "melodia im zupełnie nie przeszkadza"...

piątek, 16 marca 2007
Do usług

Prawda, że Wy też lubicie, jak się Wami manipuluje i wysługuje, żeby się przypadkiem samemu nie przepracować, prawda? Och, ja też... no bo przecież trzeba sobie wzajemnie pomagać, to takie drobiazgi... tyle, że zajmują mnóstwo czasu :-/

Bo ja jestem przecież taka miła, dobra i sympatyczna, i nie odmawiam pomocy. Jassssne. Nu, zajac, pagadi...

 
1 , 2