O dzianinie ręcznie wykonanej, na drutach i szydełkiem - w różnych formach i kolorach, w oparach włóczkoholizmu. I jeszcze o śpiewaniu...
Archiwum
Tagi
POLetsy handmade in Poland
sobota, 28 kwietnia 2007
NDS się rozszedł...

... po kościach.
Czwartek alias Ten Dzień*, jak zwykle w tej kategorii, zaczął się bardzo wcześnie rano, żeby zdążyć przed Godziną**. O 16 organizm już nie wytrzymał i wymiękłam przewracając się na fotelu, więc zarządziłam sobie wyjście do domu, w domu opadłam malowniczo na kanapę i zasnęłam.

I kiedy wstałam, już było lepiej. W piątek już zawał był zwyczajny, typowy, jak to przed Długimi Weekendami, czyli wypychamy co się da. Można oddychać.

____________________

* - Ten Dzień oznacza zazwyczaj deadline złożenia oferty w przetargu.

** - Godzina oznacza zazwyczaj godzinę złożenia oferty, po której nie zostanie przyjęta.

Wic polega na tym, że trudno jest wyrobić się wcześniej. Stres jest za...isty.
Teraz tylko się modlę, żeby nie odwalili mi ze względów formalnych.

20:50, justyna.ada
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 kwietnia 2007
Piszczę żałośnie

Uwielbiam, kiedy mnie się robi w balona. Tzn. ktoś marudzi, że to tłumaczenie to bardzo pilne i na już. Więc siedzę, gały mi wypływają (nie lubię nosić okularów, ale noszę grzecznie, kiedy już nic nie widzę), po czym się okazuje, że "a właściwie to jeszcze trzeba załatwić to i tamto i de facto jest to na pojutrze." Wszystko pięknie.

Bo ostatnimi czasy jestem, jak się okazuje, dyżurnym tłumaczem, oprócz normalnych zadań.

Po tym tygodniu będę miała potężny NDS, już to widzę. NDS = next day syndrome, czyli syndrom dnia następnego. Zwykle objawia się po bardzo ciężkim dniu harówki, następnego dnia od rana, kiedy organizm już nie musi się mobilizować. Wówczas wszystko z człowieka wyłazi, nie bardzo się widzi na oczy, słaby jest kontakt z rzeczywistością, i jakoś nie można się zebrać do niczego.
Czasem objawia się w sobotę, po całym tygodniu.

Ten tydzień taki jest. Dłubię coś co jest na deadline, ale za to długie i skomplikowane :-> Na szczęście przy pomocy szefa. Na szczęście mam sympatycznego szefa.
W ogóle to mam troje szefów nad sobą (w linii prostej, jeden nad drugim) - na szczęście rzadko dochodzi do konfliktu zdań między nimi, bo bym zwariowała). Teraz mówię o szefie nr 2, tym w środku. Dobrze mi się z nim współpracuje i co ważne - jest spokojny. Ja się stresuję wszystkim, a on mnie uspokaja. Zrobimy to, tamto i owo, i wyjdzie. I supeł w żołądku mi się rozwiązuje.

niedziela, 22 kwietnia 2007
Krótki jest ten czas

Niestety, doba ma tylko 24 godziny. Wczorajsza impreza w gronie znajomych (ale ja byłam kierowcą, buuuu....), a dzisiejsza w gronie rodzinnym, skutkują tym, że choć jest miło, to czasu ubywa. I na koniki nie ma czasu, chociaż galopowanie idzie mi coraz lepiej.

A jeszcze czeka na mnie kolejne tłumaczenie na poniedziałek, i piszczy... Chyba wieczór będzie więc upojny :-/

Zawzięłam się i skończyłam bluzkę dla Młodej (oby jeszcze zdążyła ponosić przed upałami). W stanie przed naciągnięciem i wykończeniem szydełkiem, wygląda tak:

raglan

A to

pom1

będzie czapka z bawełny składająca się z dziur, taka "pro forma" na wiatr (dla Młodej, ale ja też potrzebuję, może w innym kolorze). Odkąd mam długie włosy (nie tak jak latorośl, ale jednak), wietrzność naszego klimatu powoduje u mnie nieustanny wściek - nic nie widzę, włosy zasłaniają twarz i kleją sie do szminki. Związywanie w cokolwiek niewiele pomaga, i tak wylezą. Więc złapiemy w sieć :->

Daj Boziu dotrwać do Tygodnia Leniucha, zwanego niesłusznie Długim Weekendem. Weekend będzie zwykłej długości, potem trzy dni pracy, ale za to na pół gwizdka. I bardzo dobrze. (ciekawe, ile roboty przydrepcze za mną do domu...)

I tylko nocy nie da się wydłużyć. Zieeeeeeew.

czwartek, 19 kwietnia 2007
Jasnowidztwo czy co?

Aforyzmów kalendarzowych ciąg dalszy: dwa przeznaczone na ten tydzień, powaliły mnie. I uwierz tu człowieku, w przypadki...

1. Bóg stworzył człowieka i nie znajdując go w pełni samym, dał mu partnera, tak by mógł lepiej odczuć swą samotność. (P. Valery)

2. Jedynym sposobem na pozbycie się pokusy jest jej ulec. (O. Wilde)

15:57, justyna.ada
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 kwietnia 2007
Kiedy umrę? hmm...

- A zawsze będziesz mnie kochać?

- No jasne, mamo, przecież wiesz, że zawsze cię będę kochać, nawet jak umarniesz.

- Mówi się "umrzesz"...

- No to pamiętaj o tym, jak umrzesz, zapamiętaj sobie. A kiedy umrzesz?

Kiedy czuję się nieszczęśliwa, idę przytulić się do Tosi. Skąd u niej tyle tej czułości, delikatności, skąd umie nazywać emocje... Skąd wie, że trzeba mówić często, że się kogoś kocha...
Jeszcze pamiętam, jak jechaliśmy do szpitala, żeby się urodziła, był trzynasty kwietnia pięć lat temu.

czwartek, 12 kwietnia 2007
Jest źle...

Ta praca mnie wykończy. Kategoria notki aż nazbyt adekwatna...

Nowy student przyjdzie dopiero po majówce, a przez te dwa tygodnie przed majówką to może już padnę i kwestia będzie nieaktualna. Nie mam czasu na nic poza tyraniem a potem padnięciem na pysk. Zmęczenie materiału...

Jutro urodziny mojej słodkiej córeczki. Pozdrawiam znad kolejnej służbowej wieczornej robótki. 

poniedziałek, 02 kwietnia 2007
Malowniczy wylot

Wszystko boli. Konik, na którym jeździłam w sobotę, poczuł wiosnę i wolność, a ja nie jestem dobra w galopowaniu (na razie, na razie...) i skończyło się na wylocie malowniczym łukiem... całe szczęście, że nie było zbyt twardo.

 ******

Bardzo lubię stare filmy z Bondem. Naiwność fabuły jest rozczulająca, ale za to się człek nie nudzi, żadnej dłużyzny. Zawsze tylko rozśmiesza mnie jedna rzecz (we wszystkich filmach z "dobrym bohaterem"): mianowicie w momencie, kiedy Czarny Charakter już go wreszcie dorwał, to zamiast posłać go jedną kulką z trzymanej w ręce giwery, na tamten świat definitywnie (a wszak sprytną jest bestią...) to go zamyka w jakimś pomieszczeniu, żeby 007 mógł znaleźć wyjście, lub przywiązuje do tykającej bomby, żeby mógł ją rozbroić spinką od krawata - lub całkiem zwyczajnie wymachując pistoletem wygłasza buńczuczne tyrady :-) No taki wróg zdarza się tylko chyba na filmach...