O dzianinie ręcznie wykonanej, na drutach i szydełkiem - w różnych formach i kolorach, w oparach włóczkoholizmu. I jeszcze o śpiewaniu...
Archiwum
Tagi
POLetsy handmade in Poland
sobota, 29 maja 2010
Za kratkami

Żaden z pomysłów na szalik z cienkiej wełny (której nie ma dużo) mi się nie podobał. No bo za gęste, włóczkożerne... Na razie więc stwierdziłam, że ustawimy kratki a co do tych kratek dorobimy, to się okaże. Może kwiatki. Może frędzelki. Może jakieś rzęski, albo inne zwisające pnącza. A na razie się okratowałam (podwójne słupki i 3 o. łańcuszka) i jadę.

szalik kratka


Ale mało mam czasu wieczorami, bo zajmujemy się - chóralnie - gośćmi z Monachium, a że gościnny chór w miarę młody wiekiem i imprezować lubi, to i późno do domu wracam :-) 

środa, 26 maja 2010
Measure for measure, czyli teoria względności

Onego czasu zmierzyłam się celem wydziergania swetra czy kamizelki ze swallowtailowej włóczki. No, rzeczywiście, było to onego czasu, ale zasadniczo parametry zachowuję podobne. Wydłubałam przody, tył... potem Swallowtaila :-), potem stwierdziłam, że dodłubię tylko krótkie rękawki i sweterek zostanie kamizelką. Zblokowałam troszeczkę...

No i cholera, za duże.

Przecież pobieram miarę w centymetrach, zrobiłam ileś tam swetrów pasujących na siebie, a na dodatek większość swoich wymiarów znam na pamięć. To co jest nie tak? Wełna się rozciągnęła?... może i tak... W rezultacie mam kamizelkę, ale na większy rozmiar, a nawet dwa. Dorobię rękawki, cyknę zdjęcie, i poszukam nowej właścicielki.

Mam opór przed za małym rozmiarem, bo ciasne i w ogóle z młodszej siostry.
Już wiem. To chyba zależy od danego dnia. Są dni, kiedy czuję się grubo jak bałwanek i takie, kiedy chudo jak szczypiorek.

Wrrr.

wtorek, 25 maja 2010
Osiołkowi w żłoby...

Nie wiem, co teraz mam dalej dziergać, aaaa. Czasem tak mnie nachodzi, kiedy powykańczam wszystkie roboty w toku - że teraz "osiołkowi w żłoby dano" i nie wiem, co wymyślić. Tyle jest możliwości, że nie robię nic :-)

Pewnie wezmę się i wykończę szarego cosia z podwójnej nitki wełny której użyłam na Swallowtaila. Taki zewłok zaczyna mnie drażnić. Tym bardziej, że dekolt nie wyszedł taki jak miał wyjść, a pruć mi się nie chce.

W tym tygodniu przyjeżdża w odwiedziny chór z Niemiec, więc na tak zwany gwałt sprzątanie sali prób (ordnung... :-))) przygotowywanie imprezy, koncertu, itd. W międzyczasie MCT ze swoją grupą na potęgę występują i cośtam nagrywają, więc co rusz trzeba gdzieś toto dowieźć.

A w tle znów szykuję coś kameralnego i dawnego, będzie bowiem koncert na zakończenie sezonu, pod koniec czerwca, to sobie znowu pomacham łapami, plecami do widowni.

O, ale po Bożym Ciele czeka mnie wyjazd do siostry do Berlina, to kilka godzin w jedną stronę na pewno jakąś robótką zaowocuje.

A w ogóle muszę coś wydziergać na uspokojenie, bo się martwię nieciekawymi zmianami w pracy. O. Dobranoc...

A to wszystko pod warunkiem, że jednak nas tu nie zaleje żaden przeciek, dzieciaki mają labę, do szkół nie chadzają...

niedziela, 23 maja 2010
Dziurawo i z flaszką w tle

Dziurawiec z wkładką mięsną wygląda jak poniżej - zdjęcie było zrobione na balkonie a fotograf nie zauważył butelki do podlewania kwiatków :-))) Zastanawiam się, czy dorobić temu czemuś jeszcze parę tych zwisających sznureczków...

dziurawiec

Zdjęcie pstryknięte wieczorem, stąd tez jego rewelacyjna jakość :) Kiedy indziej nie będę miała jednak czasu albo nie będzie pogody.

Czarny strój nie jest pogrzebowy, tylko koncertowy :) Koncert nawet się udał, moim zdaniem. Zawsze można jeszcze tu i ówdzie poprawić, ale myślę, że charakter tej muzyki został pokazany, i o to chodziło.

A teraz muszę jakoś zagospodarować dzieci, bo zamknięto ich szkoły :/

sobota, 22 maja 2010
Dziurawo i sennie

Dziurawca przybywa, na razie znudził mi się pasiasty wzorek, resztę dokończę jakąś siatką. I może na frędzle wystarczy... Reszty nie będzie jeszcze jakoś porażająco dużo, bo włóczka powoli się kończy. Tu na zdjęciu widać chyba ręcznikową fakturę Dziurawca :-) Trochę zwisa, bo manekin nie ma ramion...


dziurawe poncho

Wielka woda podobno opada, zobaczymy czy to prawda.

Sennika część kolejna, ciekawe co by to oznaczało:
1. zapomniałam o próbie generalnej przed koncertem, i przypomniałam sobie o niej już po ptokach :/ I wtopa...
2. trzymam ci ja na rękach swego chrześniaka, co to ma kilka miesięcy, gadam ci ja coś do niego, a on powtarza :-))
3. sceneria jakichś publicznych toalet, rząd kabinek - i w każdej z sufitu zwiesza się wstrętny pająk. Bleee.

- Brzydula13,  może faktycznie się skuszę na taki układ jak nigdzie nie znajdę takiego szydełka :-)

czwartek, 20 maja 2010
Jakby co, to mam ponton...

... i mieszkam na pierwszym piętrze, a poza tym umiem pływać :-)

A na serio, to boimy się, żeby nam nie podlało piwnic. I żeby dało radę jutro dojechać do roboty...

A ja głęboko w piwnicy mam schowane wszystkie nieużywane obecnie nuty... :-(

Zielono na balkonie

Balko-nówka, czyli podkładka pod Cokolwiek (donice, garnki, itd), w towarzystwie szczypiorku w donicy (szczypiorek wszakże cieniutki jakby niedożywiony) a także włóczki w kolorze białym (obstawiałabym, że akryl) którą dostałam w spadku, ale najpierw muszę ją dobrze wywietrzyć i stąd leżakuje na balkonie.

podkładka

Podkładka szydełkiem nr 7, ale powinno być pewnie 10. Bawełna koszulkowa ;) W następnej kolejności będzie coś do kuchennych garów - ale proszę, kto wie, gdzie mogę kupić GRUBE szydełko (np 10mm) z OSTRYM czubkiem?

W handlu jest mnóstwo szydełek, i niezależnie od numeru, prawie wszystkie mają zaokrąglone tępe główki. Jak mam to wbić w oczka roboty, to nie wiem... Aluminiowemu szydełku zwyczajnie łepek spiłowałam :-)

Dziś znów do samego wieczora próba, jedyny wolny wieczór jutro, chyba się upiję z radości... Próba, koncert, a w przyszłym tygodniu przyjeżdża chór z Niemiec, znów próby, koncert, olaboga...

Gdyby mi jeszcze za to płacono pensję... :-)

środa, 19 maja 2010
Zdarzyło mi się po raz pierwszy

... i jestem zaniepokojona tym faktem. Bo albo to oznacza, że coś jest ze mną nie tak, albo to oznacza, że się starzeję i zaczyna mi wiele rzeczy "zwisać".

Mianowicie wyszłam wczoraj z przedstawienia, czego normalnie nie robię. Dwa razy w życiu wyszłam z kina, raz, bo film był ciężki i brutalny, drugi raz bo taki nudny.

A wczoraj wyszłam po dwóch aktach "Carmen".
Ale nie dlatego, że na widowni siedziały szkolne wycieczki nie-wiem-skąd (jak powiem że ze wsi, to będzie krzywdzące, bo na wsiach widziałam młodzież i dzieci na przykład w kościele, zachowujące się nienagannie) robiąc w trakcie spektaklu hałas, gadając głośno i szeleszcząc, aż op....liłam bractwo w loży za mną.
Dlatego, że mi się bardzo nie podobało, a kończyło się późno, a rano wczesna pobudka, i to by była strata czasu.

Co z tego, że wprowadzono konie na widownię (co wywołało brawa), kiedy scenografia była dziwna - niby tradycyjna, sztampowa i z epoki, ale tu i ówdzie snuły się grupy osobników przebranych jakby za Ku Klux Klan, w tle dziwne dziewczynki w psychodeliczny sposób udawały zabawę w klasy i inne gry dziecięce do rytmu melodii, na początku I aktu na zasnutej dymem scenie majaczy gigantyczny pomnik byka nie wiem po co...  a już na łopatki rozłożyła mnie scena w II akcie, gdy z długiego stołu, przy którym siedzi grupa Cyganów, podnosi się odziana w srebrny obcisły trykot damska postać (ale nie baletnica, nie nie...) niezbyt zgrabna, ale obdarzona monstrualnym cycem, i trzęsąc tymże, gibie się w dziwnych skrętach na tym stole, po czym złazi z niego i uchodzi w dal, a akcja toczy się dalej :-)))

Poza Micaelą śpiewaną przez Katarzynę Trylnik bardzo pięknie, smutno i lirycznie, nie podobał mi się chyba nikt, a już najmniej Carmen. Pod dźwiękiem, nierówno, i jakby najlepsze lata miała już za sobą. No nie. Carmen, mimo że dzika i być może nawet wulgarna, ma być femme fatale, uwodzicielską czarownicą, i to powinno być słychać w śpiewie. A nie to, że śpiewaczka dzierga sobie, a orkiestra sobie. Miała zniewalać, a wkurzała. Trzęsieniem spódnicą nie nadrobi się niewyśpiewanych nut. No i jeszcze po każdej arii zastygała w pozycji Statua Wolności.

Żenua. Reżyser też. :(

[ps. szanowna publiczności, klaszcze się po skończonym akcie... teraz wszyscy nagminnie klaszczą po każdej arii, co skutecznie zaburza akcję.]

 

12:19, justyna.ada , Muzyka
Link Komentarze (6) »
wtorek, 18 maja 2010
Proszę widowni... czyli rozśpiewka anglisty

Zmęczona jestem, proszę widowni. Jest co robić w pracy i poza. Ale dzielnie szydełkuję Dziurawca (pokażę fotki, jak skończę). Poza tym z zielonej koszulki powstała podkładka pod Różne Rzeczy Stawiane Na Nowej Szafce Balkonowej (żeby nie uświnić blatu).

A poza tym wieczorem jest ciemno i jestem zajęta. A dziś idę na "Carmen" w ramach odstresowania. Poza tym koncert jest w niedzielę, więc trzeba popiszcz.... eee, popracować. (nawiasem, znalazłam fajny sposób dla siebie na ekspresowe rozgrzewanie gardła, na dźwięku oznaczanym w fonetyce symbolem [ŋ] :-)))

Jeżeli ktoś lubi barok i ma ochotę, to zapraszam do Falenicy w niedzielny wieczór (ok. godz. 18.45, kościół 'na górce" zresztą tam jest chyba tylko jeden, ulica Narcyzowa) na "Vesperae Dominicales" M. Mielczewskiego, chór Epifania z solistami i instrumentami :-))) Będę cienko piszczeć :-)

Ciśnienie oscyluje w granicach podłogi. Czy ktoś ma jakiś pomysł na wyższe? Ale kłótnie domowe i stresy pracowe odpadają, nie lubię...

Poproszę długi urlop.

sobota, 15 maja 2010
Dwa stwierdzenia

Stwierdzenie numer jeden, że z instrumentami śpiewa się znacznie lepiej niż z pianinkiem czy organkami. Yyyyy, to tez instrument, mam na myśli instrumenty orkiestrowe, smyki itd. Zaraz i oddech lepiej pracuje, i wszystko.

Stwierdzenie numer dwa: z powodu za krótkiej doby nie potrafię pogodzić wszystkiego, tj. pracy, rękodzieła i muzyki. Najchętniej bym coś z tej listy skreśliła... :-))))

 
1 , 2