O dzianinie ręcznie wykonanej, na drutach i szydełkiem - w różnych formach i kolorach, w oparach włóczkoholizmu. I jeszcze o śpiewaniu...
Archiwum
Tagi
POLetsy handmade in Poland
wtorek, 31 lipca 2007
Gorączka wtorkowego wieczoru
Kamizelka z różowym wygląda tak: (reakcją na kamizelkę, nic specjalnego w końcu, było; "o jaka śliczna, kocham cię mamo". To się nazywa motywacja.)


Jeszcze tylko 3 dni pracy. Przez te 3 dni trzeba wypchnąć jak najwięcej. Potem witaj, zimne morze.


22:45, justyna.ada
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 lipca 2007
Absolwent

Nie jest źle.
Absolwent okazuje się być posiadaczem mózgu, a to bardzo dobrze rokuje. I jest jakiś taki na poziomie, że człek się nie wstydzi, że to mój pracownik. Tak że jestem dobrej myśli. Czego nie wie, to sprawdzi, poszuka. I na normalne tematy też można z nim pogadać, nie zachodząc w głowę, jak też taki egzemplarz ukończył szkołę średnią. Będzie dobrze, mam nadzieję.

Marzy mi się trochę zmian... niech to będzie nawet to samo miejsce pracy, ale trochę inne robótki. Z tym, że to już by wymagało ode mnie przyswojenia pewnej wiedzy, a lenistwo to wielka wada :-P No nie wiem, nie wiem... Po trzech latach robienia praktycznie tego samego, zaczynam się wiercić w tej szufladce.

Fotki robótkowe uzupełnię ASAP, jako materiał dowodowy, że nie tylko pracuję. I znów zgrzeszyłam... W ciuch-sklepie koło mnie pojawiła się włóczka... mięciutka, milutka, w ładnym kolorze, w fabrycznie zwiniętych motkach... no jak jej nie przytulić, do domu nie zabrać.

wtorek, 17 lipca 2007
Żeby nie było, że się obijam...

...i na urlopie nic nie udziergałam - oto jeden z dowodów. To będzie kamizelka dla Młodej. Szydełkiem, żeby nie było, że nie lubię szydełkować (lubię). Wzorem prostym jak (nomen omen) drut, żeby można było dziergać przy kawie. Jeszcze nie skończona, nici wszędzie, i brakuje wykończenia w kolorze różowym, ofkors, różowy musi być ;-)

kamizelka

Ale obecnie raz, że upał, więc tylko spać się chce, dwa, że wypuszczam "na wakacje wszystkich moich podopiecznych" stąd wzmożone przygotowania - no to nic nowego nie powstaje.

A nad jeziorem koło Augustowa - było pięknie. I wycieczki były krajoznawcze. I widoki wspaniałe. I miłe towarzystwo. I grill. I wyspać się można było. I ślubny odpoczywający od pracy, a więc świat z definicji ładniejszy.

domek

I tylko pogoda była do kitu!!

Zdjęcia takie sobie, ze służbowego telefonu. Firma zmieniła mi wreszcie telefon ze starego na nowy, przy czym nowy (E50) ma sporo fajnych funkcji, natomiast jedną wadę: walnięte oprogramowanie, nadające się do wymiany (wymienię!). Potrafi się uroczo powiesić, gdy właśnie z kimś rozmawiam :-]

piątek, 06 lipca 2007
Poziom endorfin a biegli rewidenci

Taniec - pomijając niewątpliwe braki w formalnym wyszkoleniu - to jest coś, dzięki czemu czuję, że żyję. Ech, te hormony szczęścia...

Jeśli chodzi o wygibasy w stylu "Taniec z Gwizdami", to wystarczy, że partner: 1. potrafi dobrze prowadzić, 2. ma inwencję co do figur, i 3. lubi się wygłupiać.
A do przytulańców jeszcze musi mi się podobać :-))))

Rzadko zdarza mi się uczestniczyć w firmowych wygibasach, więc wczoraj (nie, to dzisiaj) odnotowałam ze zdumieniem fantastyczne zasoby ludzkie w tym zakresie!

Że M. lubi tańczyć i się wydurniać (a na co dzień taki boss...) to już wiedziałam, ale nie wiedziałam, że aż tak, może ja akurat się nadawałam. To były figury... Cholera, mam nadzieję, że nikt tego nie sfotografował. Samo wychodziło...
Nie to, żeby coś, ale lubię go. Kontakt sprawia mi przyjemność. W tym przypadku nie potrzebuję bezpiecznej odległości przy rozmowie. W tańcu nie potrzebuję tej odległości w ogóle, może wynosić zero. Tak jest dobrze. I tak wiadomo, że to zabawa, następnego dnia będzie wszystko jakby nigdy nic.

Okazało się również, że R. (niestety, nie z Warszawy), nie tylko jest właścicielem seksownie zachrypniętego głosu (który znam na co dzień), ale i rusza się na parkiecie niezwykle zgrabnie, i mnie też się zaraz "wygina śmiało ciało". I ten kontakt wzrokowy... Na trzeźwo nie do powtórzenia :-D

Natomiast A. (niestety, tez nie Warszawa) prowadzi tak, że poczułam się jak ta Gwiazda z TzG... Ech... Szok.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się dobrze bawiłam, i czułam się taka "wytańczona". Kiedy wiem, że dobrze mi się tańczy, czuję się piękna.

Kiedy wszyscy moi partnerzy przegrali bitwę ze zmęczeniem i pozostało tylko skorzystać z drzemki przed porannym szkoleniem, nie mogłam zasnąć bardzo długo, leżąc w pustym pokoju, w takim miłym odrętwieniu, pijana endorfinami.

"Czwarta nad ranem..."

Zakończyło się dwudniowe wyjazdowe szkolenie firmowe. Szkolenia te mają dwie zalety, mianowicie: zbiera się towarzystwo z całej Polski, które na co dzień się nie widuje (tylko zazwyczaj słyszy) i można wreszcie pogadać jak ludź z ludziem na spokojnie, a po wtóre... zazwyczaj jest impra integracyjna (i grill). I w jej trakcie bractwo się faktycznie integruje.

Tym razem znów była rozgrywana olimpiada między drużynami (konkursy na miarę kolonii letnich dla dzieci z podstawówki, i to było najśmieszniejsze). A kiedy już wszyscy wiliśmy się w agonii ze śmiechu, na deser była jeszcze rywalizacja w karaoke :-) (nie muszę dodawać, że moja drużyna była najbardziej profesjonalnym chórkiem)
A potem - jak mawia Kreseczka - baila, baila... czyli dyskoteka do czwartej nad ranem. I o tych tańcach skrobnę może w wolnej chwili, bo właśnie pakuję manatki nad jezioro (gdzie zimno i gwiździ...)

Ponieważ abstynentów jest na tych imprezach niewielu, a ja do nich tez nie należę... W wydychanym przeze mnie powietrzu więc znalazły się procenty tak pomieszane, że nie powinnam dziś w ogóle wstać z łóżka, a ja jakoś nie dość że wyjątkowo sprawnie szalałam na parkiecie, to jeszcze po "nocy bez godziny snu" przeżyłam szkolenie, a potem jeszcze nostalgiczną wizytę w biurze, coby je dopieścić przez urlopem.

Procenty należały do:
1. piwa z sokiem,
2. wina czerwonego,
3. wina białego,
4. czystej, którą wygrała drużyna,
5. piwa jasnego,
6. łyskacza postawionego drużynie przez szefa, czyli M.
7. szampana którego również wygraliśmy.

Jak widzicie, żyję. A w nocy spać nie mogłam, bo tyle endorfin mi się do krwi dostało, że nie dało rady, tylko obracałam się na poduszkach i kontemplowałam błogostan :-)

wtorek, 03 lipca 2007
Sesja w krzakach
Poszłam w krzaki :-)
Dodam, że poszłam w krzaki z kobietą.
Ze szwagierką, co gorsza.
I z aparatem fotograficznym.
Pikanterii tym działaniom dodawało raz na jakiś czas pojawienie się babci z pieskiem.
Ale byłyśmy trochę ubrane... bo to była sesja zdjęć do nowej "Fabryki"
W drodze powrotnej z krzaków Szwagierka pozostawała przystrojona w topik z dekoltem do pępka (dosłownie) ale pruderyjna ponoć nie jest, a za to wyposażona przez naturę. Gdy znalazłyśmy się już na parkingu pod blokiem, usłyszałyśmy pisk hamulców i omal nas nie rozjechało zielone espero, z którego ku naszemu zdumieniu wyszczerzył się Kumpel, wielce uradowany. (przypadki chodzą po ludziach...)
Zszokowana mina Szwagierki w panice zasłaniającej dekolt, oraz uszczęśliwiony wyraz twarzy Kumpla: bezcenne. :-D
niedziela, 01 lipca 2007
Krzyżowo i w lustrze
To kolejny odcinek serialu pt. rozterki heretyka.
Gdybym miała przy sobie aparat, to bym unaoczniła, na czym polega moja głupota. :-P (może dorobię zdjęcia i wkleję samokrytykę obrazkową)

Krzyżowe nabieranie oczek mniej więcej wiemy, jak wygląda, prawda? Jak wygląda potem brzeg, też, no nie? Zachodziłam w głowę, dlaczego u mnie nie.
Robię według algorytmu. Później 1 rząd lewych, no to jest chyba OK. No nie jest, bo ten brzeg jakiś taki... lewostronny. A to co ma być na prawej stronie, u mnie jest na lewej.

No jasna cholera. A jak ma być inaczej, skoro ja jestem mańkut i nabieram oczka lewą ręką???? Zawsze wszystkie oczka nabieram trzymając drut w lewej ręce a nitkę w prawej. (ale już dziergam praworęcznie, bo ja zdolna bestia jestem) Szydełko też trzymam w lewej ręce.
Przy zwykłym nabieraniu leworęczność nie ma znaczenia, no ale tu... Przyglądam się tym oczkom krzyżowym, i kombinuję, co tu zrobić, żeby wyszło na moje. Niestety nic innego mi nie przyszło do głowy, jak tylko nauczyć się nabierać oczka prawą ręką.
Ostatecznie... pisać się już nauczyłam prawą, to dam sobie radę. Dałam radę. I teraz jest dobrze. Durna baba...