O dzianinie ręcznie wykonanej, na drutach i szydełkiem - w różnych formach i kolorach, w oparach włóczkoholizmu. I jeszcze o śpiewaniu...
Archiwum
Tagi
POLetsy handmade in Poland
piątek, 30 lipca 2010
Biało i dziurawo

Fotka marna, bo innym aparatem i w pośpiechu, dlatego też krzywo, ale lepszej nie będzie.
Ma być biało, i jest. W 50%, bo to tylko połowa tuniki. Tyle zdążyłam na razie. Żeby było śmieszniej, to jest typowy projekt "czystka", to znaczy wyciągnęłam wszystkie białe resztki bawełny, i złożyłam do kupy. Teraz zobaczymy co będzie przy robieniu tyłu - bo te włóczki są do tego różnej grubości... stopniuję od najcieńszej do najgrubszej. Może być niespodzianka :-)


tunika przód

A teraz wybywam nad morze, do zobaczenia za dwa tygodnie. Chcę odpocząć, bo już ledwo żyję.

czwartek, 29 lipca 2010
Dźwięk postrachem pracownika

Już wiem, czyj to był pomysł, żeby na rozmaitych stronach po otwarciu wyskakiwały reklamy bijące decybelami po uszach, jak objazdowa dyskoteka. Albo (czego już wybitnie nie znoszę) muzyczki na blogach.

To na pewno pomysł jakiejś konfederacji pracodawców. Żeby pracownik który nie wpadł akurat na wyłączenie sobie głośników, a opiernicza się grzebiąc w sieci, ściągnął na siebie powszechną uwagę i potępienie. :P

A tak naprawdę: po co komu decybele na blogu? to ma pomagać w jego czytaniu?

środa, 28 lipca 2010
Przez żołądek do mózgu

salatka
/fotka z portalu Czarna Oliwka/

Jeśli chodzi o zdrowe, pyszne, urozmaicone i atrakcyjne jedzonko domowe - to jestem trochę taka "wierząca niepraktykująca" :-))) Kocham jeść zróżnicowane, ładnie przygotowane potrawy. Namiętnie oddaję się lekturze przepisów. Uwielbiam wyjścia do restauracji. I raz na jakiś czas dochodzę do wniosku, że przecież należy, i na pewno nie jest to trudne - gotować sobie i swojej rodzince ciekawe, kolorowe obiadki, poznawać coraz to nowe smaki, i najlepiej wszystko mieć własnej produkcji. (poza chlebem żytnim na zakwasie, bardzo pysznym, który umiem, wychodzi mi jeszcze szczypiorek w donicy na balkonie)

W epoce internetu prawie każdą potrawę można obejrzeć sobie na zdjęciach... Kiedy jestem trochę głodna, i zajrzę na jakiś portal kulinarny (albo co gorsza, na blog zawierający takie niebezpieczne treści - nie mówiąc już, że niektóre koleżanki dziewiarki gotują i pokazują smakołyki) to wszystko staje się oczywiste. Po pracy, zaraz polecę na zakupy, nabędę stosowne produkty, i hajda do kuchni! A już w sobotę od rana na pewno z radością wezmę się do garów! I potem wszyscy będą się zajadać moimi egzotycznymi pomysłami. I do pracy też będę oczywiście pichcić sobie cudne domowe żarełko, żeby nie wydawać kasy na obiady w kantynie, doprawiane nie wiadomo czym.

Po czym, rzeczywistość wygląda tak: Wystarczy zjeść drugie śniadanie, żeby się okazało, że sygnał wysyłany do mózgu przez pusty żołądek znacznie osłabł.
Poza tym: w pobliże domu docieram w godzinach wczesno- bądź późnowieczornych. Mogę oczywiście zakupy zlecić naszej niani, ale to wymagałoby wcześniejszego dokładnego planowania :-)
Poza tym 2: wchodzę do domu i padam jak podcięty kwiat / ew. jak zadźgany byk na corridzie. A jeszcze czeka 1001 innych czynności. A kiedy mam już czas (całkiem późno) i pustą kuchnię, to ostatnią rzeczą na którą mam ochotę, jest gotowanie. Wtedy siadam z kłębkiem i odreagowuję.
Poza tym 3: mam w domu jednego PM (Prawdziwego Mężczyznę), i dwa FP (Francuskie Pieski). O ile ja lubię różne eksperymenty, o tyle PM nie jest już tak bezkrytyczny, i najlepiej żeby obiad był tradycyjny, tj. zupa, drugie danie, i najlepiej jeszcze gdyby zawsze robiła to teściowa :-)))) [system sygnalizuje problem: nikt nie żyje wiecznie... i co wtedy?]
Z kolei FP w ogole nie trawią wynalazków. Coś, co nie jest kotletem, pieczenią, gulaszem, rybką, spaghetti bądź "chińczykiem" ew. zupą/surówką jedną z trzech ulubionych, albo co zawiera jakieś niezidentyfikowane fragmenty pochodzenia roślinnego, w ogóle skazane jest na porażkę.

I co ja mam zrobić? :-(
Nie mieszkam sama (całe szczęście) i nie mogę gotować dla każdego co innego, to kompletnie nieekonomiczne, i czasu nie ma.

Pozdrawiam smętnie znad wygaszacza apetytu (zsiadłe mleko + musli, + herbata miętowa) wśród stosu służbowych papierów.

Zadyszka

Zadyszki dostaję w pracy, bo przed urlopem chcę pozałatwiać to wszystko, co nie pozałatwiane, a jest tego trochę... Jeśli nie powykańczam tego teraz, to potem zamiast byczyć się na kocyku będę odbierać telefony, i jeszcze mi się komórka zapiaszczy... a poza tym na urlopie zwykle dostaję dziwnej amnezji, i nie pamiętam, gdzie jaki dokument zostawiłam, czy wysłałam jakiegoś maila, czy nie, i mi się wtedy system zawiesza :-)

Więc gonię w tzw. piętkę, a osoba mnie zastępująca i tak będzie miała mnóstwo zajęcia, więc nie mogę zostawić już tak całkiem wszystkiego...
A jeszcze nad polskie morze trzeba się spakować, nie ma tak, że klapki, i parę t-shirtów - trzeba mieć wszystko na każdą pogodę :-P A jeszcze ostatnia próba w czwartek... pracujemy, idziemy do przodu, ale nie przyśpieszy się. Ja bym chętnie robiła próby codziennie, ale trzeba by rozciągnąć dobę. Albo przejść na zawodowstwo, hehehe.

A zadyszkę kultywuję i w domu, może uda mi się choć przód tej białej tuniki wykończyć, i cyknąć zdjęcie na pożegnanie. No i kluczowa decyzja, które robótki jadą ze mną, wciąż nie podjęta.

 A, i warszawiakom polecam koniecznie:

<a href=”http://www.kulturalna.warszawa.pl/wydarzenia,1,32548,Koncert_zespo%C5%82u_quot%3BThe_King%23039%3Bs_Singersquo.html?locale=pl_PL">koncert KING'S SINGERS</a>

Gdybym nie wyjeżdżała, poleciałabym z wywieszonym ozorem, są rewelacyjni!

niedziela, 25 lipca 2010
Wzięło mnie na szydełkowanie...

Jakoś tak, być może z powodu upałów. Być może to stąd, że nie lubię robić z cienkiej bawełny na drutach, bo jakoś tak mnie od tego ręce bolą.

W każdym razie, roztrząsając zagadnienie "co zabrać ze sobą nad morze" drogą autorefleksji doszłam do wniosku, że same szydełkowe robótki. Hm...

A ponadto, zachciało mi się tuniki. Wszyscy mają. Nawet MCT. A ja nie mam. I zachciało mi się czegoś białego. Więc przegrzebawszy bawełniane zapasy (wyszło mi, że posiadam kilka motków czegoś białego, ale nie wiem ile to dokładnie, bo nie wszystkie są takie same - ciekawe, czy w ogóle wyjdzie z tego tunika, czy starczy tylko na topik...) złapałam za szydełko numer 3,5 :-)

biała

biała

To taki prosty wzorek z którejś z Dian, poniżej tego karczku będzie wzór siatkowy, a na dole może coś jeszcze innego. Żeby się nadawało i na upał, solo, i na wierzch.

Hm... muszę coś przedsięwziąć, żeby nie zapomnieć, jak się robi na drutach :-)

sobota, 24 lipca 2010
Parę fotek na dowód

...że żyję, i na urlop się jeszcze nie wybieram. Dopiero za tydzień. I wtedy pojadę nad morze, i w zależności od pogody będę dziergać na plazy albo w pokoju. I jak zawsze, nie mogę się zdecydować, co ze sobą zabrać, żeby nie zabrało dużo miejsca, no i nie grzało w kolana.

A ponieważ MCT wróciła chwilowo z wojaży, wsadziłam ją w świeżo udziergane stroje i kazałam pozować, w miarę możliwości bez bardzo głupich min.. :-)

Tutaj komplet w którym spódnica jeszcze na ukończeniu, na dole będzie miała taką samą kwiatkową bordiurę jak kamizelka, a na górze jeszcze wymyślę jakieś wiązadło, bo z chudego szkieletora wszystko zjeżdża.

kpl

guzik

kpl

kpl

A tutaj poncho już z frędzlami, rozmiar chyba akurat :-)

poncho

poncho

A najgorsze jest to, że po raz trzeci nie dotrę na Szarotkowo, w następny weekend, bo znów mnie nie będzie na miejscu. Ech. A dziaiaj wybieram się na ślub, i pewnie będzie burza... :-(

poniedziałek, 19 lipca 2010
Już

Już właściwie koniec remontu, hura! (na ten rok, bo pewnie za rok znów stwierdzimy że coś wymaga wymiany i co za tym idzie demolki w całym mieszkaniu...)

Każdy jeden przedmiot i centymetr kwadratowy w mieszkaniu i na balkonie, wymagał bądź jeszcze wymaga oczyszczenia z warstwy pyłu. Ale już widać koniec... cały weekend harowaliśmy jak osiołki i teraz ledwo żyję. Nie mogę patrzeć na żadne gąbki i ścierki, bo mi skóra z rąk schodzi od patrzenia. Ani na żadne stołki, bo mnie bolą ramiona od patrzenia. Ani na wannę, bo od patrzenia boli kręgosłup.
Ale już będę miała niedługo do pokazania jakieś fotki, spódniczka dla MCT do kompletu z kamizelką prawie już gotowa (dzięki bitwie pod Grunwaldem i cyfrowo obrobionym Krzyżakom :-).

Tymczasem spędzam upojnie służbowy czas odkrywając Ważne Procedury, do których od dawna już powinnam się stosować, wypełniając 1001 formularzy. Znaczy, powinnam już je mieć wypełnione, na teraz.
Ale przecież teraz to ja robię 1001 innych rzeczy... :-( to kiedy niby...?

Próba w poniedziałek to jest w sumie dobry wynalazek. Po takim poniedziałku jak zwykle u nas bywa, odreagowanie jest konieczne. Muzykoterapia znaczy.

czwartek, 15 lipca 2010
Półgębkiem

Półgębkiem i na pół gwizdka... czyli po trochu i w spartańskich warunkach. Remont sobie kwitnie w najlepsze, ale za to warstwa świństwa na wszystkim juz tak bardzo nie przeszkadza przy odpowiednim poziomie zmęczenia. :-) Poncho z głowy, teraz bym się chętnie wzięła za kolejną wykańczałkę, tylko siły jakoś nie ma, i ten upał...

Znalazłam kawałeczek wolnego miejsca, i tak wygląda poncho (przed blokowaniem, bo teraz suszy się gdzieś na jeszcze mniejszym kawałeczku miejsca w łazience :-) z pętelkami. Jest trochę bardziej pomarańczowe niż na zdjęciu (nie wiem, czemu MCT zażyczyła sobie ten kolor, nie nosi pomarańczowych ciuchów...)

poncho

poncho

A ja znów myślę o czym innym, bo mam w karneciku koncert we wrześniu, a że po drodze urlopy, a do zrobienia mnóstwo rzeczy, więc trzeba przysiąść i robić (albo właściwie stanąć, większa część roboty wokalnej odbywa się na stojąco, i potem nogi wrastają tam gdzie wrastają).

poniedziałek, 12 lipca 2010
Dobrodziejstw inwentarza ciąg dalszy

Z powodu remontu również w tym tygodniu będę miała mało czasu pozapracowego na cokolwiek, a na robienie zdjęć dziergadeł nawet i miejsca nie będę miała. Ale poncho dla młodej już jest prawie gotowe, jeszcze tylko frędzle. Zresztą modelka akurat wyjechała...

Piłka nożna ma również inne zalety, niż uprzednio opisywane. Bowiem, kiedy jest mecz finałowy, a w domu telewizora nie ma, żeby oglądać tenże (bo wraz z kupą innych gratów tworzy malowniczy górotwór na środku pokoju) - wówczas miłująca sport połówka bierze pod pachę piwo, i idzie integrować się ze szwagrami, teściami i pizzą - a ja sobie zapalam nastrojową lampkę (bo wszystkie górne światła są pozdejmowane), włączam radio, zeby posłuchać, kto tam kopie w danej chwili, i mogę w spokoju oddać się dzierganiu i filowaniu w monitor.

piątek, 09 lipca 2010

W ramach weekendu pod znakiem sprzątania-po-pierwszym-tygodniu-remontu-i-przygotowania-do-drugiego, mam podłączony kabelek w już-gotowym-pokoju, więc spieszę udowodnić, że nie próżnowałam:


fioletowy

Fioletowy sweterek/kamizelka/tunika dla MCT,w stanie suszenia, bez guzików. Oczywiście od góry bez szwów...

A teraz znów przerwa.

 
1 , 2