O dzianinie ręcznie wykonanej, na drutach i szydełkiem - w różnych formach i kolorach, w oparach włóczkoholizmu. I jeszcze o śpiewaniu...
Archiwum
Tagi
POLetsy handmade in Poland
niedziela, 30 września 2007
Przejrzysta mowa wkurzonego ciała
Urodziny kolegi T. Występują: kolega T, kolega J.

T:   No bo ty śpiewasz w taki naturalny sposób. I zawsze widać, kiedy jesteś wkurzona.
ja:   I co, kiedy śpiewam, też widać, że się przed chwilą wkurzałam?
T:   Oczywiście!
ja:  (załamuję się)
J:   Bo u ciebie to jest taka sugestywna mowa ciała....
ja:  ????
J:   ... i jak śpiewasz, to na tobie wszystko widać!
(reszta łącznie ze mną sturlała się pod stół, przekonując kolegę J, żeby się nie wywnętrzał dalej)

(dla ułatwienia dodam, że nie chodzi o śpiewanie w klubie go-go)
18:47, justyna.ada
Link Komentarze (1) »
środa, 26 września 2007
Znów o głosach
Ech, bo ja słuchowiec jestem... Wsłuchuję się w głos rozmówcy, zwykle w telefonie, czasem gadając twarzą w twarz.

M wprawdzie zbyt tenorowo brzmi jak na moje upodobania, ale ma bardzo miękki głos przez telefon, co nastraja do mruczenia w odpowiedzi: "mmmm?" raczej niż "Jasne, rozumiem, to na kiedy?"
Więc kompromisowo odzywam się "Mhmm? to na kiedy?" :-)

P ze Śląska ma głos iście radiowy, założę się, że tabuny kobiet mdlałyby przy głośnikach. Ale już wygląd... też radiowy.

KN ma głos raz słodki i leniwy, raz twardy i stanowczy, i zasadniczo mógłby nawet czytać mi książkę telefoniczną, i tak bym tkwiła przy słuchawce.

M(1) przychodzi i zagaja charakterystycznie "podciągając" końcówki zdań: Justynkoooo? wiesz coooo? Wtedy wpatruję się "oko w oko" i używam rejestru altowego nr 3: Noooo, powiedz, co byś chciał? I wtedy odwraca wzrok :-)

****
Najpiękniejszym zapamiętanym głosem z dzieciństwa jest baryton mojego taty, który lubił mi śpiewać jako kołysankę "Dookoła noc się stała" - tam było tak:
"... a ty śpij, a ty śnij, zanurz się w noc ciemną,
a ty śpij, a ty śnij, śnij, że jesteś ze mną."
Sposób na szefa

Dzisiaj mam imieniny. Więc wystawiłam na biurku bombonierkę z czekoladkami. Kochane koleżeństwo pamiętało, nawet kwiatuszki ładne dostałam (och jak mi przyjemnie, biurko tak miło wygląda...)

M dostrzegł bombonierkę, i ucieszony pyta, z jakiej okazji ma mi składać życzenia, więc ja na to, że może się poczęstować bez składania życzeń. No ale, w sumie, nie odmówię ;-)
I jak nigdy nie można się do niego dopchać z jakąś sprawą, bo wiecznie komórka przy uchu, albo coś, teraz co chwilę sam przychodzi referując jakiś temat (dobrze, że to spore pudełko).
I już nie muszę sie martwić, że czegoś mi nie zdąży przekazać, czy podpisać...
Raz szczerzy się uśmiechem nr 1 (tym od ucha do ucha) "to ja się jeszcze poczęstuję", a innym razem przyjdzie tylko i sugestywnie ustawi się obok tych czekoladek, sama się wtedy śmieję, i mówię: częstuj się.
A sprawy idą swoim torem...

Ile razy mam na biurku coś słodkiego, załatwianie spraw z M idzie bardzo elegancko :-)

wtorek, 25 września 2007
Akompaniator

To napisałam kiedyś dla TKF.
Kontekst sytuacyjny: chodziło o wykonanie "Stabat Mater"
A. Dvořaka, z towarzyszeniem fortepianu zamiast orkiestry. Tak to kiedyś z chórem śpiewaliśmy.
Ale to samo odnosiło się do każdego mojego przypadku śpiewania solo z TKF.
Nigdy nie miałam lepszego akompaniatora.

**************

Przypuśćmy, że to ty zaczynasz. Zawsze, zawsze jest to szybkie spojrzenie, porozumiewawcze: „Gramy? No, to gramy!” Tak to widzi publiczność, aha, sprawdzają, czy są przygotowani, akompaniator musi wiedzieć, czy już może grać, żeby śpiewaczka była gotowa. Część prawdy. I tak jestem przygotowana od momentu, kiedy stanęłam obok fortepianu. Ja chcę usłyszeć, jak oddychasz, zobaczyć, jak unosisz ręce nad klawiaturą. Zgoda, to ja śpiewam, a ty akompaniujesz. Tak się przynajmniej mówi.

 

 

Jak na zwolnionym filmie widzę, jak twoje dłonie opadają, nie ma odwrotu. Usiłuję na czymś się oprzeć, naturalnie nie fizycznie, nie lubię opierać się o fortepian, rozprasza mnie, paradoksalnie. Chwytam się któregoś z początkowych taktów, jakbym wskakiwała do ruszającego pociągu, jedyne, czego mogę się przytrzymać, to rytm, twój wewnętrzny rytm.

 

 

Jeśli sądzisz, że nie czuję, jak dotykasz palcami klawiszy, to się mylisz. Jest tyle sposobów... Między uniesioną dłonią a klawiszem instrumentu czas upływa bardzo powoli. W tej przestrzeni jest miejsce na szybki rzut okiem na nuty, oddech, może nieświadomy, w końcu to układ nerwowy za nas decyduje. Jest w niej przewidywanie delikatnego trącenia struny, tak, wiem, w fortepianie nie szarpie się strun, tak jak na przykład w harfie. Jest też w tej chwili przewidywanie uderzenia, które za chwilę wprawi powietrze w drganie, zresztą nie tylko powietrze, ja sama muszę stać mocno na obu nogach, nie tylko dlatego, żeby mieć dobrą postawę do śpiewania.

 

 

Myślisz, że nie słyszę twojego oddechu? Myślisz, że nie jestem świadoma tej mikropauzy przed każdym postawionym akordem, nawet, jeśli toczą się jeden za drugim, ścigają się, aż trudno je rozdzielić?
Tylko spróbuj się pomylić, a wytrącisz mnie kompletnie z równowagi. Domyślam się, słyszę czasem tę desperację, że dziesięć palców to za mało, ten akord powinien być pełniejszy, więcej alikwotów, no tak, przecież to tylko wyciąg z partytury.

 

 

Już pierwszy sprawia, że gdzieś w środku zaczynam się lekko chwiać, a to przecież cały pochód, cała progresja, jak ja to przeżyję. Te mikropauzy są tak wyczuwalne, za każdym akordem napięcie narasta, zaczynam żałować, że nie potrafię dobrze grać. Moje serce dostosowuje swoje bicie do rytmu, którym pulsuje fortepian, mam nadzieję, że arytmia mnie nie zabije, w każdym razie chwilowo czuję się dostrojona jak instrument, nie wiem, co na to mój głos. Powoli tracę rozeznanie, po co tu jestem. Opanuj się, opanuj... Za chwilę muszę jak gdyby nigdy nic wtrącić swoje kilka taktów, ale jestem ci wdzięczna, bo przynajmniej teraz zrobię to z przekonaniem, postaram się kontynuować to, co zacząłeś.

 

Kiedy ja skupiam na sobie uwagę, mam wrażenie, że zniknąłeś, ale wystarczy poczekać do ostatniego dźwięku mojej frazy. Teraz twoja kolej, według wszelkich rozsądnych przewidywań powinieneś dograć drugą część dialogu, ale zwlekasz, tu nie ma dialogu, jest tylko oczekiwanie, zwodzenie, zawieszenie, tak, jakbym wstrzymała oddech.

 

Na co czekasz? Uderz w ten klawisz, ten, następny, proszę bardzo, niech to będzie delikatne, ledwo słyszalne, ale uderz, zanim zapomnę, po co tu stoję, zanim stracę wątek.

 

Wiesz, na czym polega chińska tortura? Krople wody kapią na czubek głowy i po jakimś czasie człowiek traci zmysły z bólu. Te pojedyncze dźwięki są jak krople, tak, jakby skapywały z twoich palców, na szczęście tylko kilka, więc nie zdążę oszaleć.

 

 

Proszę...

 

Nie czekaj... graj.

 

11:18, justyna.ada , Muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 września 2007
Corpus delicti
No więc to te obiecane fotki, jako corpus delicti, że jednak coś dziergam:
wzmiankowana wcześniej bluzka z bawełnianej mieszanki Yarn Art Jeans własnego pomysłu...


i sweterek wiązany z którejś "Sandry", który po wykonaniu okazał się sweterkiem kopertowym, bo ja nie lubię, gdy sweter powiewa mi dookoła, wolę tak bardziej do skóry. Więc wiążę paski jak w kaftanie bezpieczeństwa :-)



(tak, wiem, że uśmiechanie się do zdjęć nie jest moją mocną stroną... ;-)

I gdyby nie to, że w pracy właśnie sezon dla mnie jest w rozkwicie (i dopiero powinien ucichnąć tak w lutym, albo i to nie), to brałabym się z większą energią do rozpracowywania kolejnych porcji kłębków ze zbiorów.
czwartek, 20 września 2007
"Kot, jak sama nazwa wskazuje, won!"
Tak mawiał kierownik schroniska PTTK w Wetlinie, milion lat temu, wystawiając podwórkowego kota za drzwi schroniska... :-)

Godzina po 22, Młoda śpi, Junior prawie. Ślubny otwiera drzwi na korytarz, już nie wiem, po co, nieistotne (ale istotne, że mieszkamy w tzw. zamykanym korytarzu). I słyszę "kici, kici". No co jest... Patrzę, a tu do naszego mieszkania wślizguje się mały, czarny-z-białym, kotek. Koteczek...
No ale, do licha, nie nasz. A piwniczny by tu do ludzi nie przylazł.
Kot puścił się w długą eksplorując nasze mieszkanie, szczególnie dokładnie szczeliny pod wersalką i regałami. Trochę potrwało, zanim M. go złapał i wystawił na korytarz, a kiedy znów uchylił z ciekawości drzwi, kot zanurkował znowu.
Po kolejnym sukcesie w łapaniu kotka, na korytarz wyszła sąsiadka, w poszukiwaniu kota-uciekiniera :-)

Bardzo bym chciała mieć kota. Ale nie będę, bo Junior ma uczulenie. Smutno mi.

*************
Winna jestem czytelnikom fotkę ukończonego sweterka, co też uczynię, ale może jutro... Żeby nie było, że nie mam sukcesów dziewiarskich :-)
wtorek, 18 września 2007
Miało być o muzyce, ale...
... poczekam aż znajdę chwilę czasu na rozpisanie się, to nie tak hop-siup. Nastroił mnie dzisiejszy Poranek Dwójki i Akademie fur Alte Musik Berlin. Ech...

... ale za to jest służbowa marchewka, też dobrze :-)
Z dobrych wiadomości, firma mnie ciut docenia, cieszy mnie to, staram się :-) Druga dobra wiadomość, że "zabudżetowany" przeze mnie dodatkowy pracownik w wymiarze 1/2 etatu zaistnieje niedługo, i świetnie, może przestanę robić zrozpaczone oczy, kiedy ktoś przychodzi do mnie z czymś, i będę cieszyć się z widoku koleżeństwa.
Zła wiadomość, że będzie nam ciaśniej, bo zanim zmienimy pokój na większy (po nowym roku) to moja cudną "dyrektorską" aranżację pokoju szlag trafi, no bo nowa osoba musi mieć gdzie usiąść. Dopiero co zrobiłam sobie miejsce (czytaj: z dwóch dużych biurek jedno) i moge się swobodnie rozkładać (jak ta nieżywa baba u lekarza)...
sobota, 15 września 2007
Smarkateria
A gu gu... :-) Byliśmy na 40. urodzinach znajomego, zebrała się cała paczka z dawnych lat, i z całego towarzystwa ja jestem najmłodsza. Ale śmiesznie...

*****

Dobrodziejstwem inwentarza młodości jest również tzw. młodzieńczy spontan. I ja go niestety uprawiam niejednokrotnie, pisząc listy.
W czasach przedinternetowych bywało, że napisałam list, wrzuciłam do skrzynki, poszedł w świat, a ja plułam w brodę, co mi do łba strzeliło. I weź człowieku potem udawaj Greka...

W czasach internetowych - moja skrzynka pocztowa powinna koniecznie miec funkcję wysyłania listów działającą tak:

Ja: "Wyślij".
Poczta: "Czy na pewno chcesz wysłać ten list?"
Ja: "Tak".
Poczta: "Ale czy na pewno?"
Ja: "Jasne!"
Poczta: "Zastanów się dobrze. Czy na pewno chcesz, aby adresat twojego listu go otrzymał?"
Ja: "^&$#@$%&%$#, natychmiast wyślij!"
Poczta: "Wysłanie twojego listu nastąpi za dwa dni, pod warunkiem ponownego przeczytania i zatwierdzenia jego treści kombinacją przycisków Alt7Ctrl5ShiftYDeleteAllContents"

22:56, justyna.ada
Link Komentarze (2) »
wtorek, 11 września 2007
Przypadki lisa Witalisa

1. Odbieram telefon od potencjalnego klienta.
2. Konwersuję w rejestrze mezzosopranowym nr 2.
3. Robię ofertę.
4. Klient dzwoni z uszczegółowieniem budżetu :-/
5. Wieczorem odbieram pomyłkowego smsa "czy to z panią jestem umówiony jutro na 8.00 na oglądanie mieszkania (adres)?" Odpisuję że pomyłka. Potem żałuję, bo może to ładne mieszkanie?...
6. Przy kolejnej rozmowie włączam rejestr mezzosopranowy nr 4 (ale o mieszkaniu litościwie zmilczałam).
7. Gość dzwoni do G., i pyta czy będę na spotkaniu. Na spotkanie umawia się M.
8. M. idzie na spotkanie, po czym okazuje się, że ani klient, ani M. do końca nie dogadali się, co ma byc robione.
9. Klient chce umowę, ale dalej nie wiadomo, co mamy robić.
10. Wysyłam M. dokumenty mailem, i po dłuższej zdalnej konsultacji umawiamy się na kolejną zdalną konsultację.

Morał: nie mógł mnie zabrać ze sobą? byłoby od razu łatwiej...

PS. Może się jednak dogadamy... ale co na to bateria w telefonie :-)

Jak nieświęci balowali w sobotę
Oczywiście, jadąc po raz trzeci na działkę znajomych, znów źle skręciliśmy. Trąby. Dla mnie te wszystkie polne drogi są identyczne. (nie, nie jestem blondynką, to już przeszłość :-)

I było sporo dobrej zabawy. Grill party, sporo muzyki, nawet odrobina tańca na deskach werandy, uklejająca się atrakcyjna koleżanka w stanie wskazującym na spożycie :-P, kolana kumpla (bardzo wygodne :-)), dobre winko, później pyszna limonkowa Finlandia, sączona po odrobinie, żeby zachować przytomność umysłu, nieoczekiwana dłuższa gadka z osobą, którą uważałam za sztywną i nietowarzyską...
A po wymięknięciu żeńskiej populacji - męskie party na werandzie, gitarrrra, grzaniec - i niestety chłopakom się coś zablokowało, bo grali w kółko te same kilka piosenek, wrrrrrrr. Kiedy ostatni Mohikanin o trzeciej nad ranem wchodził na paluszkach do domu, żeby się przebrać i położyć, nie budząc żon i dzieci, siedziałam w śpiworze na podłodze koło uśpionego ślubnego, nie mogąc zasnąć, przemyśliwując nad różnymi kwestiami, które padły w trakcie wieczoru.

Później śniły mi sie jakieś głupoty, obudziłam się stukając się w czoło.

Mohikanin mnie nie zauważył (ale nie było scen-obscen).
 
1 , 2