O dzianinie ręcznie wykonanej, na drutach i szydełkiem - w różnych formach i kolorach, w oparach włóczkoholizmu. I jeszcze o śpiewaniu...
Archiwum
Tagi
POLetsy handmade in Poland
wtorek, 10 stycznia 2017
Zimne powietrze, czyli o przemijaniu
mitenki
(na zdjęciu mitenki moherowe, udrapowane na karmniku :) Karmnik wówczas jeszcze nieczynny, bo to było przed mrozami)
Do ciepłego pomieszczenia przez nagle otwarte drzwi wdziera się porcja mroźnego powietrza - na przykład do autobusu stającego na przystanku - i uderza mnie w nos. Pachnie zimą.
Albo inaczej: w jakiejś małej miejscowości, gdzie są piece węglowe lub na drewno, a nie ma ruchu samochodowego - charakterystyczny zapach dymu w powietrzu. Drewna i zimy.
I pachnie feriami, zimowiskami, dawnymi czasami, w których ja byłam przecież tą samą osobą, co teraz! Zapachy też były takie same.
Sople lodowe mają swój zapach (i smak też mają...), kulki śniegowe, ośnieżone patyki, ruda trawa z błotem też ma swój zapach, w czasie odwilży. I lodowisko, zapach mokrej gumowej wykładziny, po której się drepcze w łyżwach przed wejściem na lód.
Sanki, bitwy na śnieżki, przemoczone rękawiczki na kaloryferze. Zamarznięte jeziorko, po którym się ślizgało na podeszwach.
A jak trudno było o dobre zimowe buty, w ogóle o jakiekolwiek buty. Osobną epopeję można by napisać o zdobywaniu obuwia i warunkach, w jakich to się odbywało...
Kiedy po kolejnych za cienkich, za śliskich, albo przemakających butach, udało mi się nareszcie posiąść Ciepłe I Suche Botki Z Futerkiem I Grubą Podeszwą, zostałam szczęśliwym człowiekiem, któremu jest ciepło w nogi.

W latach 80 modne były kominy (takie na głowę razem z szyją). Ja też chciałam mieć komin i wyglądać jak dziewczyny z żurnali. Pani Robiąca Sweterki została poproszona o udzierganie, ale chyba pomyślała, że ma być wersja pt. rurka na szyję... Wyglądałam w tym jak peryskop.

Inna rzecz, że w każdym kominie noszonym na głowę wyglądam nie jak uosobienie stylowego luzu, tylko jak jakieś rozpaczliwe wojenne niedobitki. Taką mam gębę :)

Na zajęciach ZPT w podstawówce w programie (dla dziewcząt) było robienie kapci na drutach. Takich "cudnych", o:

kapcie
/źródło: patternlinks.com/
Teraz można znaleźć mnóstwo pięknych wzorów na domowe kapcie drutowe i szydełkowe, naprawdę kulturalnych :) i zachęcających do noszenia. Może nawet się skuszę... Wtedy najczęściej robiło się toto z włóczki stylonowej, bo była nie do zdarcia. Niestety wygląd miała odwrotnie proporcjonalny do trwałości. Ale za to znakomicie nadawała się do robienia gobelinów. Brało się kilka nitek takiej włóczki, wsuwało w rurkę metalową i koniec tego "knota" przypalało się nad świeczką. Stylon się oczywiście topił, przytykało się więc stopiony koniec do podłoża (gruba workowa juta dobrze się sprawdzała) i po przyklejeniu przystrzygało się, a potem znów rurkę nad świeczkę. Różnymi kolorami tej włóczki produkowało się wzorzyste "trawniki" :)
Kilka ładnych lat temu wystawiłam gdzieś w internecie na sprzedaż parę kłębków tej włoczki, bo zostało gdzieś w chacie. Sprzedało się bardzo szybko (na kapcie właśnie). Od tego czasu co parę miesięcy ktoś znajduje w sieci tamtą moją ofertę i pisze maila, czy jeszcze aktualne, bo na kapcie... :))) Nawiasem, w lumpeksach bywa ten towar, polecam poszukać.

A szare lniane płótno kupowałyśmy na haftowane serwetki. Ściegiem Richelieu. Trzy lata haftowałam serwetki na przedmiocie pt "praktyki uczniowskie", co w przypadku dziewcząt oznaczało zajęcia z Panią Zawodową Hafciarką. Te, które nosiły okulary, mogły być zwolnione z "zaliczania" kolejnych wzorów na ocenę. Ja miałam wtedy dobry wzrok...
Szare płótno pachnie haftowaniem serwetek.

O każdej porze roku, kiedy zaczyna zapadać zmrok, wszystko ma trochę inny zapach, niż w ciągu dnia. Zimą wszystko robi się niebieskawe i ta chwila pachnie wytracaniem prędkości.

A na choince zawsze były prawdziwe świeczki, nieduże i cienkie, w malutkich lichtarzykach, umieszczonych strategicznie i ze wszelkimi rygorami bhp (do tej pory u rodziców na choince są świeczki).
Szorowało się srebro specjalnym proszkiem albo pastą do zębów. Przy każdym talerzu na wigilijnym stole kładło się dla ozdoby gałązkę świerkową - wiązałam na nich kolorowe wstążeczki.
Babcia odmawiała modlitwę przed wieczerzą, i w niej niecodzienne słowo "szczodrobliwość" brzmiało odświętnie - odrobinę wykrochmalone, ale uroczyste, jak strój na specjalne okazje, który się zakłada raz do roku.
Pod choinkę prezenty przynosił aniołek. Długo nie rozumiałam, skąd się tam biorą, bo rzeczywiście okno było uchylone, pokój przecież pusty, i nagle - pod choinką paczki :)

Zmrożony śnieg skrzypi pod podeszwami. Mam utrwalony taki kadr: jadę na sankach z oparciem, opatulona szczelnie, a tata ma wełniany płaszcz, ciągnie sanki i śnieg właśnie tak skrzypi pod jego butami.

Rodzice - młodzi i potężni (choć czasem denerwujący podstawówkową awangardę swoim wstecznictwem :))))) - stanowili pole siłowe, niezniszczalny element krajobrazu. Łapię się na tym, że dalej tak myślę. No bo przecież są wieczni...?

Babcia Ze Strony Taty, mieszkająca daleko, na moją I Komunię przysłała mi w prezencie... swój słynny tort orzechowy. Nigdy nigdzie nie jadłam potem takiego tortu. Może kiedyś spróbuję go zrobić. Ten tort przyszedł pocztą, w paczce, i nawet w dobrym stanie :-)). Myślę, że w niebie karmią czymś takim (babcia nauczyła anielskich kucharzy), i w dodatku nikomu się to nie znudzi.

Dom miał swój zapach. Na co dzień oczywiście niewyczuwalny, ale po powrocie z wakacji, czy innych dłuższych wyjazdów, po otwarciu drzwi z lubością wciągałam nosem zapach domu. Nie szkodzi, że było trochę duszno, ważne że teren mój... :))

Jeszcze nie "dorosłam" do czytania biografii. Ponoć na pewnym etapie życia tylko to jest interesujące w czytaniu, bo tylko prawdziwe historie są naprawdę ciekawe. Chyba jeszcze to przede mną.

Tagi: zima
09:04, justyna.ada
Link Komentarze (4) »
wtorek, 27 grudnia 2016
Babciowo - kłębkowo

Możliwe, że tu już nikt nie zagląda, ja też sporadycznie. Większość życia społecznościowego przeniosła się na fejsbuka. Zresztą nie jestem tzw. blogerką, w znaczeniu "społecznościowym", nie tworzę miejsca, gdzie się gromadzą blogowe duszyczki i grzeją przy ogniu wykrzesanym z tego, co napisałam, dyskutują i konsumują apetyczne treści, okraszone suto zdjęciami dobrej jakości :)

Oczywiście dzierganie nie jest najważniejszą z bożonarodzeniowych treści.

Ale tak sobie patrzę na choinkę (nutowa bombka to prezent), dziergam sobie (na 5 drutach, tradycyjnie) rękawiczki dla blogowej koleżanki, i w związku z tym, że nawet Google w ten świąteczny dzień (tzn. 25.12) ma kłębkowy nagłówek, to sobie pogawędze okołokłębkowo i okołorodzinnie.

Myślę sobie o mojej śp. Babci, Mariannie z domu Lis. Im jestem starsza, tym bardziej widzę, jak ta postać nabiera w moim życiu ważności, chociaż zmarła, gdy miałam ze 20 lat, więc już jakiś czas temu. To był taki wzór biblijnej "dzielnej niewiasty", pod każdym względem :)

Babcia potrafiła robić rozmaite rzeczy w domu, jako że Dziadek, uroczy i kochany człowiek, nie był typem "mężczyzny-naprawiającego-wszystko". Świetnie gotowała. Nauczyła mnie pacierza. Miała stare książki, w których była dziwna pisownia, staroświecka czcionka, łacińskie teksty, tłoczone oprawy i zapach dawności. Już wtedy intrygowało mnie to, co dawne. 

Dziadek Giedroyć był z Wilna. Był idealistą, człowiekiem nie całkiem praktycznym. Uwielbiał swoją wnuczkę, bawił się ze mną, wygłupiał, pisał dla mnie wierszyki. Znał rosyjski i czytał mi książeczki rosyjskie tłumacząc na polski. Nauczył mnie bukw przy okazji. Umarł, kiedy miałam niecałe siedem lat.

Wiele lat później znalazłam nowiutki kapelusz typu fedora, po dziadku. Nosiłam go oczywiście, bo pasował na mnie akurat :)

U babci był wielki, czarny, dębowy kredens, którego rzeźbione drzwiczki tajemniczo skrzypiały, a po otwarciu czuło się zapach ciasta. Czasem ciasto rzeczywiście tam było :) W szufladach można było znaleźć dziadkowy tytoń do fajek. Tytoń przeżył dziadka (dziadek był o 15 lat starszy od babci), a zapach przeżył tytoń. 

Babcia byla zodiakalną Panną, w stu procentach. Była zorganizowana, bardzo dokładna, uporządkowana i "zebrana w sobie". Lubiła słówko „porządnie” :)) Pracowała w banku jako główna księgowa. Zapewne z pracy zostało jej przyzwyczajenie, że "na stole nie może nic leżeć", i o to nieraz toczyła ze mną boje :) Uwielbiała rozwiązywać krzyżówki (te trudne, w "Rozrywce") i stawiać pasjanse. I ja też rozwiązywałam krzyżówki i stawiałam pasjanse.

Miała świetną pamięć, ze szkoły pamiętała mnóstwo wierszy, recytowała mi je czasem. Na przykład całe fragmenty z "Pana Tadeusza". Nie wiedziałam jeszcze, kto jest autorem Inwokacji i z jakiego to utworu, ale już umiałam tekst. Na spacerach opowiadała mi mity greckie. Może miałam z siedem lat. Po wakacjach zażądałam od rodziców mitologii, w domu na półce stało wydanie Parandowskiego, czytałam go nie do końca rozumiejąc, ale kołysała mnie melodia języka.

Nauczyła mnie skręcać choinkowe łańcuchy ze sreberek od czekoladek. Te łańcuchy, które teraz sama robię i wiszą na choince mojej i u rodziców, zawsze mi się z nią kojarzą.

Pamiętam, że gdy byłam mała (a może chora...?) śpiewała mi kołysanki. Miałam kilka lat, ale już wtedy coś mi zgrzytało, że babcia nie do końca czysto śpiewała :))) No co, nie można mieć samych zalet... (tata też mi śpiewał kołysanki, tyle że czysto)

Miała swoje ukochane powiedzonka. Kiedyś mnie drażniły, a teraz sama ich używam…

Była kobietą z zasadami. Nie ze wszystkimi się zgadzałam, ale co tam :) Miała dobre serce i była opiekuńcza. Mnóstwo czytała i można było z nią na każdy temat porozmawiać. Miała w sobie wielką godność i klasę.

Babcia nauczyła mnie szydełkować i robić na drutach (najprostsze ściegi), kiedy byłam chyba we wczesnej podstawówce. Mogłam mieć z 6-7 lat, może 8. Skoro jeszcze bawiłam się misiami i laleczkami, którym można było robić ubranka...:)

Kiedy byłam w maturalnej klasie, babcia dostała udaru - chorowała na serce. Wracając ze szkoły, pod domem spotkałam młodszą siostrę - nie mogła dostać się do środka. Otworzyłam, wezwałam pogotowie. Szkoda pewnie, że upłynęło za dużo czasu od wypadku, bo przy udarach natychmiastowa pomoc jest kluczowa. Babcia do sprawności już nie powróciła, a odeszła po jakimś roku, w miejsce gdzie, jak powiedział wujek na pogrzebie "nie ma chorób, nie ma smutku. Jest piękny dzień."

Mama moja potrafi robić na drutach, ale tylko szaliki.

W czasach mojego nastolęctwa dzierganie nie było w modzie - jeśli już, to było koniecznością, bo sklepy świeciły pustkami. Babcia raczej szydełkowa była, i na przykład sweterek pierwszokomunijny zrobiła mi, jakiego nikt nie miał. A ja zazdrościłam koleżankom, bo wszystkie co do jednej miały pelerynki... :)

Dziergane drutowe sweterki miałam dzięki zaprzyjaźnionej Dziergającej Pani. Ale tak naprawdę nie byłam z nich zadowolona, bo Pani robiła wedle tego, co podpowiadał jej własny gust (choć starannie, wg sztuki), a nie aktualna moda :P

Sądzę, że wiele z tamtych siermiężnych czasów zostało w nas (nas = społeczeństwie pamiętającym puste półki sklepowe) nawarstwionego osadu sceptycyzmu co do udziergów. Bo to było coś zastępczego za towar sklepowy. Taki samogon. Coś, co starsze panie dłubały ze sprutych swetrów (bo o włóczkę też było trudno) wnuczkom, żeby nie zmarzły, pal licho wzornictwo. Coś, za co nie warto sowicie płacić, bo jest tylko ersatzem.

Pokolenie urodzone "w kapitalizmie" zachwyca się najprostszą czapką czy szalikiem dziergniętym ściągaczem na grubych drutach, jako dizajnem i cudem zręcznych rąk :) I bardzo to fajne, nie żeby coś. A rozmawiając z koleżanką starszą o parę lat ode mnie usłyszałam "...tak, kiedyś robiłam na drutach. Ale teraz w sklepach jest tyle ładnych rzeczy, że nie opłaca się drutów wyciągać." Cóż... pozwolę sobie się nie zgodzić :-)

Wracając po tej długiej dygresji... W liceum zrobiłam sobie jedną, obszerną i pasiastą kamizelę. Nie byłam do niej przekonana. No, i może jeszcze jakąś opaskę na włosy. I krzywy sweterek, źle wymierzony.

Założyłam rodzinę, pojawiło się potomstwo. Sweterek dziecku...! :-)) W tym okresie już pojawiały się u nas tłumaczone z niemieckiego gazetki (internet dopiero raczkował), więc zaczęłam studiować solidną literaturę na temat, z instrukcjami i obrazkami. Okazało się nawet, że robię na drutach nie tak jak w gazetkach - "po heretycku", albo inaczej wschodnioeuropejskim sposobem (jak większość naszych mam i babć). Co oznaczało, że muszę nauczyć się "zachodniego" sposobu przerabiania lewych oczek, albo dostosować się ze swoim sposobem do ichniejszych opisów. No to robię tak i tak :)

Potem zachciało mi się bardziej skomplikowanych wzorów, żeby i siebie przyozdobić :), studiowałam więc pilnie opisy. W końcu wszystko jest dla ludzi... Jakoś mnie ciągnęło. Nie jestem zbyt drobiazgowym, szczególarskim typem, nie jestem uparta i łatwo się zniechęcam. Ale tutaj jakoś nic mnie nie zniechęcało, aż dziwne. Szukałam włóczek, wymyślałam własne "myki", powiększałam swoje zasoby przydasiów. Potem pojawił się dostęp do internetu... Okazało się, że mnóstwo technik i "myków" istnieje pod jakimiś wymyślnymi nazwami :) Poszerzałam wiedzę po angielsku, bo społeczność anglojęzyczna szybciej i szerzej rozgościła się w sieci.

Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że dziergane rzeczy są ersatzem, że nie dorównują tym kupionym w sklepie - właśnie odwrotnie :) Szperanie po sieci utwierdziło mnie jeszcze w tym przekonaniu.

Nałóg ma się dobrze, włóczki rozpełzają się po domu jak grzybnia. Nie potrafię i nie mam ochoty ani powodu się od nich odzwyczajać (byle tylko to one nie wyrzuciły mnie z domu...). Za dużo mi to daje :) i akurat ładnie te wszystkie argumenty opisała <a href="http://herbimania.com">Herbimania</a> na swoim blogu, nie będę powtarzać, można przeczytać :)

Ciągle wiem, że wielu rzeczy nie wiem, co jakiś czas dowiaduję się czegoś nowego. Jakiś czas temu zaczęłam wymyślać swoje wzory. Czasem obdarowuję kogoś ukłębkami, jeśli wiem, że się będzie podobało. Czasem moje ukłębki wędrują do nowych, odległych domów. Zaczęłam dzielić się z innymi tym, co umiem, bo to miłe, kiedy ktoś nieumiejący teraz potrafi robić coś, co ma sens :) 

Wiele razy druty i włóczka pomogły mi zachować względną równowagę psychiczną w rozmaitych życiowych zawirowaniach.

Sobie i innym włóczkoholiczkom życzę szczęśliwego kłębkowego roku!

 

11:17, justyna.ada
Link Komentarze (6) »
środa, 27 lipca 2016
Szaro, beżowo, i kolorowo

Jak tylko coś udziergam, wrzucam na FB. I sama się na siebie zżymam, że to taka łatwizna. Bo nie trzeba nic pisać, człowiek wrzuci fotkę, inni wcisną łapkę albo inny emotikon, i tyle se pogadali.

Z drugiej strony - jakoś nie ciągnie mnie do publikowania przemyśleń na niewłóczkowe tematy. Nie mam potrzeby dzielić się z całym światem, ilekroć sobie o czymś pomyślę. Może dlatego, że spodziewam się albo obojętności (a kogo to obchodzi?) albo też złośliwych czy negatywnych reakcji (wsadzanie kija w mrowisko, albo: uderz w stół a nożyce się odezwą - a nie lubię konfliktów). A ja sobie cenię dobrą atmosferę :)

Nb. zawsze mnie to zachwycało, jak można robić świetną muzykę z ludźmi, z którymi nie da rady prawie zamienić słowa, bo kiepsko ze znajomością języków obcych. Ten język jest uniwersalny, i nie ma problemu z porozumieniem :))))) wystarczy zacząć grać/śpiewać...

**********

Dużo mam roboty, dziergam coś na okrągło (i na płasko też :)), czasem od razu to coś wybiega z mojego domu ekspresowo do nowego właściciela, a czasem nie - i na przykład to jeszcze nie wybiegło:

Taki szyjogrzej mi wyszedł z pokazywanej poprzednio włóczki. Układa się, jest miękki i na pewno szyję trochę ogrzeje (ale bez duszenia, bo luźny jest).

A w szarości zamarzyło mi się coś takiego - z tej samej włóczki robiłam kiedyś spodnie dla malutkiej dziewczynki i teraz mi się wymyśliła sukienka i sweterek. Tylko guzików jeszcze nie dobrałam, trudno taki kolor znaleźć (naprawdę). [edit: guziki już są, tylko przyszyć... a to przecież taka okropna robota...:P]

wtorek, 31 maja 2016

Takie cosik upolowałam na ciuchach - yyyy, uratowałam od wyginięcia! :) [dlatego też embargo włóczkowe nie obowiązywalo]. Zwinęłam przy pomocy kuchennej zwijarki (= pałki do ucierania ciasta) i mam, alpakowo-merynosowo-jedwabne:

louise harding willow tweed

louise harding willow tweed

A co z tego będzie, pokażę następnym razem. W międzyczasie zaś będzie pewnie coś niemowlęcego, bo znów będę ciocią za jakiś czas :))) Fajne takie nieletnie ciuszki robić. Chętnie bym ich więcej natworzyła, tylko kiedy...?

08:46, justyna.ada
Link Komentarze (1) »
Kremowo-beżowo

Takie cosik upolowałam na ciuchach - yyyy, uratowałam od wyginięcia! :) [dlatego też embargo włóczkowe nie obowiązywalo]

louise harding willow tweed

louise harding willow tweed

A co z tego będzie, pokażę następnym razem. W międzyczasie zaś będzie pewnie coś niemowlęcego, bo znów będę ciocią za jakiś czas :))) Fajne takie nieletnie ciuszki robić. Chętnie bym ich więcej natworzyła, tylko kiedy...?

poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Szarotki na głowę

Wspólne dzierganie robi dobrze na głowę. Przez wspólne rozumiem w większej liczbie osób, ale mogą być nawet dwie. Na "Szarotkach" zwykle jest sporo więcej :) Fakt, nie ze wszystkimi zawsze się uda pogadać, ale zawsze trochę się uda. I nie tylko o dzierganiu. I powygłupiać się da, i parę miłych słów usłyszeć/podać dalej.

Te parę godzin zawsze mija nie wiadomo kiedy, a co się człowiek naogląda i naobmacuje, to jego. Czasem się wraca do domu bez kasy, ale za to z nową włóczką :). I nawet najbardziej uprzykrzone wzory nie są takie nudne. Jedyna wada szarotkowania jest taka, że jeśli się człek zagada, to może się przytrafić potem prucie :/

wtorek, 22 marca 2016
Dom, w którym straszy... grzybnia

Nie jest dobrze publicznie chwalić się tym, co mamy cennego w mieszkaniu, co sobie właśnie kupiliśmy, a co może interesować potencjalnego złodzieja. Ale to i tak mnie nie dotyczy, bo nie posiadam w mieszkaniu szczególnie cennych przedmiotów, chyba, że o wartości sentymentalnej. Niemniej jednak nie uzewnętrzniam tego, po co ma sobie otoczenie ze mnie dworować...

Ponadto, jeśli chodzi o mieszkanie, to staram się nie dopuścić, żeby się w nim rozmaite paskudztwa zalęgały. Takie, jak mole, pleśnie (poza serem pleśniowym), i inne naloty. Z kurzem bywa różnie, ale i tu staram się, żeby chałupa nie straszyła.

Ale mimo to, na przestrzeni lat uszło mojej uwadze, że podstępnie i po cichu, w moim domu rozprzestrzenia się grzybnia. Gdzieś pod powierzchnią dywanów, pełznąc rurami, po plecach szaf, kryjąc się za kablem od internetu. Plecha zapuszcza swoje "korzonki" w wiklinowych koszykach, pokrywa szczelnym kożuchem wszystkie półki w szafach, a przy każdym otwarciu drzwi sypie znienacka deszczem zarodników.

Postanowiłam dzielnie stawić czoło grzybni przy pomocy saperki i Excela. Po kilku dniach walki poszufladkowałam ją, powciskałam do przegródek "nazwa", "skład", "waga", "kolor", itp. Część komórek tabeli oznaczyłam komentarzem "do zbycia". U dołu tabeli jest suma.

Jest tego około 60 kilogramów.
No więc ten tego... Gdyby mnie ktoś ukarał dożywotnim aresztem domowym, to może byłaby szansa to zwalczyć. A tak, to nie wiem.

piątek, 18 marca 2016
Precz z białością :)

Żeby odpędzić bielmo, zakrywające oczy :) rzucam się na kolory. Nie wymaga to specjalnego wysiłku, bo kolor zawsze lubiłam (wbrew tendencjom modowym obecnym na ulicach i w sklepach, gdzie piękne jest to, co szare, czarne, i takie same jak u wszystkich...)

Świeżo wykończona małoletnia sukieneczka żakardowa...

sukieneczka na drutach

Bardzo przyjemnie się robiła. Niedługo powstanie podobna, ale z bawełną i dorosła :)

Natomiast nie wiem, co mnie podkusiło (wiem - za dużo oglądactwa tego, co inne dłubią...), żeby złapać się za cieniznę skarpecianej grubości i druciki 3mm i dziubać sweterek dla siebie samej. Ze wzorem azurowym, ale tylko na plecach. Nie szkodzi, i tak mi to zajmie wieki, bo cienizna, jeśli nie jest w przekroju okrągła (a nie każda jest), to się jakoś wolniej przerabia. 

Jeszcze na uwiecznienie czeka zaczęta na Szarotkach chusta, bardzo kolorowa. Na Szarotkach dzierga się szybciej niż samotnie w domu. Dlatego trzeba uprawiać szarotkowanie jak najczęściej, ot co.

wtorek, 16 lutego 2016
Troszkę o żakardach

Tak mi się zebrało, bo akurat złapałam "fazę" i dziergam sobie dziecięce sukieneczki ze wzorkami żakardowymi. Jedna taka, o (niewykończona jeszcze, pod szyją plisa zapięcia na guziczki, co do rękawów to jeszcze nie zapadła decyzja :)). Zdjęcia wszystkie w trybie roboczym, komórkowe, urlopowe, więc jakość może nie zadowalać...

sukieneczka na drutach

Ta była dziergana od góry, z raglanowymi rękawkami. Wzór sobie narysowałam, po bożemu :)
Druga powstaje od dołu, i wzór powstaje w trakcie, bez rozrysowywania, jako freestyle :), a zatem może nie być zbyt wyraźny (tylko oczka sobie liczę...).

Dla lepszej widoczności zdjęcie bez flesza, i z fleszem:

żakard

żakard

A tutaj, w ramach ciekawostki parę fotek technicznych - a nuż komuś się przyda informacja:

Jak dziergam żakardy? Zdaje mi się, że parę lat temu już o tym pisałam, ale nie pamiętam, więc zrobiłam zdjęcia jeszcze raz :)
Najczęściej stosuje się w jednym rzędzie dwa kolory włóczki. Żeby co chwilę nie puszczać i nie łapać nitki w danym kolorze, i żeby zachować właściwe naprężenie, prowadzę je w jeden z poniższych sposobów. Uwaga, ułożenie nitek względem siebie jest istotne.

Albo sposobem "dwuręcznym", przy czym nitka wzoru jest w lewej ręce, a nitka tła - w prawej. To ważne, bo wtedy nitka tła prowadzona jest w taki sposób, że dociska oczka wzoru do robótki, uwydatniając wzór.

żakard

Przerabia się oczka na prawo (rzadko na lewo we wzorach żakardowych), przy czym nitką z lewej ręki przerabiam zwyczajnie, a z prawej - techniką anglosaską, czyli narzucając nitkę na prawy drut, o tak:

żakard

Ważne jest, żeby palcami trzymającymi prawy drut i robotę, jednocześnie rozprostowywać całą robótkę, tak aby nitki prowadzone z tyłu roboty nie ściągały jej.

Albo też, trzymam obie nitki na jednym palcu, i robię "zwyczajnie", przy czym nabierając raz jedną nitkę, raz drugą, też trzeba uważać, żeby nitka wzoru była prowadzona przed nitką tła, patrz uwaga wyżej :))

Można dla ułatwienie rozdzielić sobie delikatnie te nitki...

żakard

Albo nie rozdzielać :)

żakard

O, i cała filozofia.:-))))

poniedziałek, 01 lutego 2016
Niespodziewana sesja

Studenci mają swoje sesje egzaminacyjne - a mnie się trafiła niespodziewana sesja zdjęciowa (nam - mnie i potomkini) z ulubioną fotografką :) Tak nagle, z piątku na sobotę. Z szalikami. Zdjęcia będą wkrótce, to tylko zajawka :)